Artykuł z GW “Nawróceni”

•Wrzesień 25, 2009 • Dodaj komentarz

Nawróceni

Piotr Maciejewski

Gazeta Wyborcza 2009-09-20

Po tym, co Ingo zrobił, opuścili go wszyscy przyjaciele, a wśród nich:

Freddy – na ciele 200 tatuaży, z czego 150 swastyk w różnych wersjach. Już jako 14-latek uważany był przez Stasi za potencjalnego burzyciela porządku społecznego;

Mike, ksywa “Göring” – gruby jak Göring, w ruchu aktywny od 17. roku życia, wcześniej skinhead. Szczególnie agresywny w stosunku do gejów;

“Śmierdziel” – miłośnik przesłuchań o skłonnościach sadystycznych: łapał lewaków, wiązał do krzesła, krzyczał i bił. Sporządzał dla siebie protokół z przesłuchania i puszczał wolno;

Friedhelm “Grabarz” – z grobów esesmanów wyciągał ordery, buty i części ubrania. Twierdził, że słyszy ich głosy. Nosił mundur i broń. Mył się raz w miesiącu, bo na wojnie też nie można było częściej;

nazi-rockowiec Priem – jego najmłodsza córeczka witała każdego gościa w domu okrzykiem “Heil dir!”. Z dziećmi regularnie jeździł do obozów koncentracyjnych i uczył je tam historii.

I przesłali mu paczkę z bombą w środku. Odebrała ją mama Inga.

Wejście

Ingo (dziś 42 lata): Jako dziecko pod koniec lat 70. mieszkałem z matką i ojczymem we wschodnim Berlinie. Rodzice byli dziennikarzami i należeli do Niemieckiej Socjalistycznej Partii Jedności. Oboje zapracowani, nie mieli dla mnie czasu. Mój biologiczny ojciec – dziennikarz, członek NSPJ – też się mną nie interesował. Byłem sfrustrowany brakiem miłości. Biegałem z kolegami po podwórku. Podpatrywałem hipisów, paliłem z nimi pierwsze papierosy, próbowałem pierwszego piwa. Piłem coraz więcej. Z kumplem Freddym kradłem codziennie do 15 butelek wódki. Dołączyliśmy do punków, bo hipisi byli za grzeczni. Słuchaliśmy Sex Pistols i Plasmatics. Naszyłem sobie na kurtce prowokujące hasła: “Zepsuj to, co cię psuje”, “Jesteś wolny, gdy nikt nie patrzy”. Na murach obok znaków anarchistów malowałem swastyki. Nie wiedziałem, co oznaczają, ale były najbardziej zakazane. Nienawidziłem swojego kraju, chciałem uciekać na Zachód.

W 1987 roku, mając 20 lat, ożeniłem się.

Któregoś dnia pijany w parku wykrzyczałem “Precz z murem!”. Wylądowałem na rok w więzieniu. Dzieliłem celę z mordercą – poćwiartował żonę, a zwłoki trzymał dwa tygodnie w walizce. Potem spotkałem Henry’ego Schmidta, byłego szefa gestapo w Dreźnie. To przede wszystkim on ukształtował wtedy moje poglądy. Opowiadał, że Holocaust to kłamstwo, a Żydzi w Auschwitz mieli przyjemne życie. Tłumaczył, skąd bierze się bezrobocie – Niemcom kradną pracę obcokrajowcy. Wskazał mi wroga: NRD – państwo rządzone przez komunistów. Znalazłem w nim autorytet. Chłonąłem ideologię, która tak prosto wyjaśniała świat. Zyskiwałem nową tożsamość. Teraz myślę, że wtedy dałbym się przekonać do czegokolwiek: mógłbym wstąpić do RAF-u (Frakcja Czerwonej Armii – lewicowa organizacja terrorystyczna) albo nawet do scjentologów. W więzieniu przeszedłem szkołę brutalności – biłem bez skrupułów i nikomu nie ufałem.

Moje małżeństwo rozpadło się po zaledwie półtora roku.

Po upadku muru poznałem Michaela Kühnena, przywódcę neonazistów z Zachodu. To on, przyznając się do homoseksualizmu, doprowadził do rozłamu w obozie, a w 1991 roku umarł na AIDS. Do końca nie chciałem uwierzyć, że jest gejem. Oczarował mnie ogładą, wiedzą i elokwencją. Stał się nowym autorytetem. W 1990 roku założyłem z nim pierwszą nacjonalistyczną partię zjednoczonych Niemiec – Narodową Alternatywę – i zostałem jej przewodniczącym.

Matthias (33 lata): Na moje dzieciństwo w Mannheim w rfn największy wpływ mieli dziadkowie. Uwielbiałem ich opowieści wojenne. Na spotkaniach rodzinnych mężczyźni zbierali się przy kolejnej rundzie skata i wspominali stare dobre czasy. Wehrmacht to był okres ich pięknej młodości, do którego wracali z rozrzewnieniem. Roiło się w nim od wspaniałych przygód i brawurowych czynów. Tych wszystkich dziadków i wujków uważałem za bohaterów. Też chciałem zostać żołnierzem, który ponosi bohaterską śmierć. Tak jak ich kuzyni zginąć w walce o Niemcy. Interesowały mnie militaria. Podziwiałem kolekcję broni ojca, miłośnika polowań. Bawiłem się plastikowymi żołnierzami, sklejałem modele pojazdów z drugiej wojny światowej. Słuchałem klasyki i muzyki ludowej, przez co nie dogadywałem się z rówieśnikami rockowcami. Kiedy w szóstej klasie szkoły podstawowej dowiedziałem się o masowych mordach reżimu hitlerowskiego, byłem zdezorientowany. Dlaczego krewni malowali tamte czasy tylko w kolorowych barwach? Gdy pytałem o Holocaust, słyszałem od dziadka: to wprawdzie nie było słuszne, ale Żydzi popełnili i tak wystarczająco dużo przestępstw. Poza tym antysemityzm i obozy koncentracyjne to nie był nowy wynalazek. I nie powinienem wierzyć we wszystko, co mówią w szkole. Więc czytałem nacjonalistyczne gazety. Szybko zbudowałem sobie światopogląd: za wszystkim, co złe, stoi SYSTEM, który zainstalowali po wojnie alianci. Chcieli wyplenić z mojego narodu tradycyjne cechy – czystość, sumienność i punktualność – by przekształcić go w zgraję bezmyślnych konsumentów. Systemem kierują Żydzi. To oni tworzą media, które notorycznie kłamią. Odetchnąłem z ulgą. Wreszcie poznałem prawdę. Dziadek miał rację, nie szkoła. W szkole rozprowadzałem ulotki z napisami “Breslau, Königsberg, Stettin – niemieckie miasta, tak jak Berlin” i “Polska – precz ze wschodnich Niemiec”. Gdy kanclerz Helmut Kohl wyrzekł się terenów wschodnich, uznałem to za zdradę narodową.

Rodziców uważałem za hipokrytów. Z jednej strony mówili, że trzeba znać też inne źródła niż gazety masowe i słuchać opinii niewygodnych dla rządzących. Ale z drugiej strony, broń Boże, nie chcieli mieć łatki nazistów.

Gabriel (32 lata): Wychowywała mnie matka hipiska – ona zbuntowała się przeciwko poglądom rodziców i surowym regułom panującym w domu. Jej ojciec, a mój dziadek do dziś jest nazistą. Ja zaś często gawędziłem z nim o wojnie. W wieku dziesięciu lat znałem najważniejsze przyśpiewki wojenne. Ale najbardziej zapadły mi w pamięć opowieści o Hitlerjugend. To mnie pociągało – przynależeć do kolektywu, na którym można polegać, razem działać. W szkole popadłem w konflikt z nauczycielką od historii. Każdą krytykę nazizmu odbierałem osobiście, jako atak na rodzinę. Pojawiała się wtedy myśl: muszę bronić dziadka. Raz przyszedł na lekcję Żyd, były więzień obozu koncentracyjnego. Prowokowałem go, mówiłem, że to matematycznie niemożliwe, by zagazowano 6 mln osób. Chciał ze mną rozmawiać, ale nauczycielka wyrzuciła mnie z sali. Mama dowiedziała się o tym i zabroniła mi spotkań z dziadkiem. Ale i tak do niego jeździłem.

W wieku 13 lat stawiałem już pierwsze kroki jako kibic chuligan Herthy Berlin. Pragnąłem wyróżniać się i prowokować. Z zachwytem przeżywałem atmosferę na stadionie. Tam zetknąłem się z neonazistami. 300 osób wrzeszczało “Sieg heil!”, wznosząc prawą rękę. To robiło wrażenie.

Poznałem trochę ludzi, zacząłem bywać na libacjach, gdzie przy litrach alkoholu rozprawiano o Wehrmachcie i SS. Czułem się bezpiecznie, wreszcie gdzieś przynależałem. Miałem swoją Hitlerjugend.

Z powodu historii wyleciałem ze szkoły i nie podszedłem do matury. Zacząłem pracę jako metalowiec. Słuchałem nazistowskiego rocka, nawiązałem kontakty ze skinheadami. Wierzyłem we wszystkie teorie spiskowe o Żydach. Ciągle prowokowałem. Kupiłem sobie kurtkę z naszywką “Niemcy dla Niemców”. Wchodzę do U-Bahnu i widzę te spojrzenia – bojaźliwe, potępiające. One były moim zwycięstwem.

Walka

Ingo: Na biuro partii wynająłem dom przy Weitlingstrasse 122. Zasłynął później jako główna siedziba neonazistów w Berlinie. Koledzy zachwycali się mną: wysoki blondyn, prawdziwy Aryjczyk. Dziennikarze z całego świata płacili do tysiąca marek za wywiad. Partię sponsorowali też naukowcy, prawnicy i lekarze z zachodnich Niemiec. Coraz więcej zagubionej młodzieży odwiedzało Weitlingstrasse. Michael Kühnen zachęcał nas do działania: bezcześcić żydowskie cmentarze, niszczyć socjalistyczne pomniki, atakować cudzoziemców. Napadałem z kolegami na Cyganów z pobliskiego dworca Lichtenberg. Biliśmy ich bezkarnie, policja nie interweniowała – 1990 był rokiem chaosu. Najeżdżaliśmy kluby lewicowej młodzieży – leciały kamienie i koktajle Mołotowa. W znanym z artystycznych happeningów centrum Tacheles kobieta straciła wzrok. Regularnie ścieraliśmy się na ulicach z punkami i anarchistami. W ramach odpoczynku od ideologii i polityki jeździłem z chuliganami na mecze. Okradaliśmy tureckie sklepy i tłukliśmy się z policją. W lesie na obrzeżach Berlina organizowałem ćwiczenia wojenne – biegaliśmy po nocy z karabinami maszynowymi zakupionymi od rosyjskich żołnierzy. W treningach uczestniczyli członkowie niemieckiego oddziału Ku-Klux-Klanu. W latach 1985-1992 sąd skazał mnie siedem razy za publiczne znieważenie, rozprzestrzenianie treści faszystowskich, podburzanie przeciwko państwu i rozboje. Z tego trzy razy na więzienie.

// Po śmierci Kühnena nowym “wodzem” neonazistów mianował się Austriak Gottfried Küssel. Zaprosił mnie na szkolenie do Wiednia. Ogłosił, że rozdzielił już teki ministrów na wypadek, gdyby w najbliższym czasie neonaziści przejęli władzę w Niemczech. Przewidział dla mnie urząd ministra finansów. Uważałem, że Küssel zwariował.

Męczyła mnie nieefektywna działalność partyjna. W 1992 roku wystąpiłem z Narodowej Alternatywy i zszedłem do podziemia. Planowałem walczyć skuteczniej – za pomocą terroru na wzór RAF-u, który od dawna mnie fascynował. Tymczasem zadzwonił do mnie niemiecki reżyser zamieszkały w Paryżu, Winfried Bonengel. Kręcił film o neonazistach, zaproponował spotkanie.

Matthias: Nawiązałem kontakt z bardem neonazistów Frankiem Rennicke. Przesłał mi nacjonalistyczne płyty, czasopisma, broszury i ulotki. Pomyślałem: to jest elita, do której chcę należeć. W 1997 roku wstąpiłem do NPD (Narodowa Partia Niemiec). Na pierwszej demonstracji w Lipsku mój wyidealizowany obraz ruchu narodowego został poddany próbie. Jednym z organizatorów był łysy olbrzym wytatuowany od stóp do głów. W trakcie podróży autobusem jego koledzy skinheadzi gadali o seksie, muzyce i alkoholu. A więc to oni mieli budować “Nowe Niemcy”? – pytałem siebie. Na szczęście spotkałem też ludzi zafascynowanych narodem, rasą i mitologią germańską. Opowiedzieli mi o światowym spisku Żydów i sprecyzowali: niestety, w drugiej wojnie światowej zagazowano tylko 100 tys. Żydów, a nie 6 mln, jak twierdzą niektórzy. Manifestacja okazała się wielkim sukcesem. W radiu mówili: największe zgromadzenie neonazistów od zakończenia wojny.

Co roku 17 sierpnia organizowaliśmy marsze ku czci Rudolfa Hessa, zastępcy Hitlera, którego ponoć zamordowano w więzieniu. Dla skrajnej prawicy on do dziś jest męczennikiem. Podczas jednego z marszów dostaliśmy się do aresztu. Cały czas krzyczeliśmy narodowe przyśpiewki. Policjant nie wytrzymał nerwowo: “Wolę już zwykłych bandziorów od was, pieprzonych fanatyków!”. Mieliśmy niezły ubaw.

Odbywałem szkolenia wojskowe. Jechaliśmy pod namiot, ćwiczyliśmy, wieczorem paliliśmy ognisko i dyskutowaliśmy. Mnie nie interesowały burdy uliczne. Chciałem przejąć władzę, by stosować przemoc państwową przy pomocy gestapo. Tylko taka przemoc miała sens. Wybrano mnie do zarządu młodzieżówki NPD w Hessen. Odpowiadałem za to, by na demonstracjach nie krzyczano zabronionych haseł. Ze względu na swój skrajny antysemityzm miałem opinię kontrowersyjnego nawet w tym środowisku. Nienawidziłem wszystkiego, co żydowskie. Bałem się, że syjonistyczny spisek zniszczy germańską rasę.

Równie groźnym wrogiem była dla nas Ameryka. Planowaliśmy stworzyć dla niej kulturową przeciwwagę w postaci Europy narodów – pod przewodnictwem Niemiec. Miałyby w niej udział też kraje słowiańskie. Polska zwróciłaby nam tereny wschodnie, a sama przesunęłaby granicę na wschodzie do stanu sprzed II wojny światowej. Uważaliśmy, że Hitler, zamiast uciskać kraje Europy Wschodniej, powinien był wejść z nimi w sojusz przeciwko Sowietom. Dla realizacji naszych celów konieczne było wystąpienie Niemiec z NATO i Unii Europejskiej.

Na jednym z wyjazdów poznałem przyszłą dziewczynę, Gundę. Połączyła nas mieszanka miłości i fanatyzmu. Ona była aktywistką, co kłóciło się z moim wyobrażeniem kobiety zajmującej się domem. Razem obsmarowaliśmy synagogę w Worms, wyzywając Żydów od wrogów narodu. Jednak to Gunda pierwsza zakwestionowała naszą działalność.

Gabriel: Gdy miałem 20 lat, nudziły mnie już rozróby futbolowe. Chciałem angażować się politycznie, walczyć o sprawy, w które wierzyłem. NPD odrzucałem jako zbyt demokratyczną. Założyłem organizację Berlińska Alternatywa Południe-Wschód, którą dwa lata później zdelegalizowano. Poświęciłem się pracy z młodzieżą w trudnej dzielnicy Treptow-Köpenick. Graliśmy w piłkę, chodziliśmy na basen, pomagaliśmy w lekcjach. Przy okazji poruszaliśmy nacjonalistyczne tematy i zachęcaliśmy do udziału w demonstracjach. Co piątek przychodziło do nas 30-40 nastolatków. Większość wyglądała zupełnie normalnie, żadni tam naziści. Zadawali pytania, zwierzali się z wątpliwości. W ten sposób ich urabialiśmy. To przerażające, jak wielki sukces odnieśliśmy.

Jedną z większych manifestacji zorganizowaliśmy pod hasłem “O Narodowe Centrum Młodzieży”. Zjawiło się ponad 300 osób. Niektórzy tylko, żeby się tłuc. Dostawałem telefony: “Moglibyśmy przyjechać. Ale będzie trzaskanie?”. Odpowiadałem: “Może być, bo antifa (organizacje antyfaszystowskie) mobilizuje szeregi”. “No to jedziemy”. Bez adrenaliny to nie byłoby dla nich atrakcyjne. Oficjalnie odżegnywaliśmy się od przemocy, ale w praktyce na nią przyzwalaliśmy. Sam chętnie się lałem i uważałem to za słuszne. Dostawali głównie lewicowi aktywiści i obcokrajowcy. Nigdy nie widziałem w nich ofiar. To siebie postrzegałem jako ofiarę – systemu. Ten system trzeba było zniszczyć – to jasne. A co na jego miejsce? – to pytanie drażniło mnie. Właściwie nie wiedziałem, o co walczę. Jak miał w praktyce wyglądać narodowy socjalizm dziś? Nikt nie znał odpowiedzi.

Poruszaliśmy się wśród sprzeczności. Propagowaliśmy hasło “cudzoziemcy, won!”, a znajomy poturbował Chińczyka za to, że nie chciał mu dać piwa na kredyt. Słowian uważałem za niższe nacje. Ale trochę złagodziłem tę opinię, gdy nawiązaliśmy kontakty z polskimi neonazistami. Łączyli nas wspólni wrogowie – żydowski i amerykański imperializm, kapitalizm, globalizacja, multikulturowe społeczeństwa. Słuchałem polskiego nazi-metalu, np. Konkwisty 88. Starałem się żyć tak bardzo “po niemiecku”, jak to możliwe. Nie jadłem kebabów, nie kupowałem u imigrantów. Odgrodziłem się od ludzi o innych poglądach. Szaleństwo! Ale nie myślałem za dużo i jakoś to się kręciło

Wyjście

Ingo: Kumple przestrzegali mnie: ten pedał na pewno robi dla antify. Ale zaryzykowałem i zgodziłem się na rozmowę z reżyserem – jedną, drugą, trzecią, czwartą Winfriedowi nie chodziło o szybkie, sensacyjne story. Interesował się mną jako człowiekiem, nie tylko nazistą. Zaprosił do Paryża, przedstawił znajomym. Byli mili i chcieli ze mną rozmawiać. Akceptowali mnie, wzbudzali zaufanie. Nowi ludzie, nowe myśli, nowe perspektywy. Winfried dziwił się: mówicie, że nie było Holocaustu, a gracie w grę planszową, w której zwycięża ten, kto wsadził najwięcej Żydów do komory gazowej. Twierdzicie, że homoseksualista nie może być narodowcem, a twój idol Michael Kühnen nim był. Plątałem się w odpowiedziach, dostrzegałem niespójność swoich poglądów. Ale pozowałem na twardego naziola. Takiego nie powinna ruszyć wiadomość z Mölln: neonaziści obrzucili koktajlami Mołotowa turecki dom. Dwie dziewczynki i babcia zginęły w płomieniach. A jednak mnie ruszyło. Czułem się winny, przecież sam nawoływałem do przemocy. Czy ja też chciałem zabijać dzieci?

Kilka miesięcy później patrzę na ekran. Tytuł filmu: “Jesteśmy z powrotem”. Przystojny blondyn mówi, że wszyscy Żydzi, z którymi się zetknął, byli chciwi i zakłamani. Deklaruje: jestem gotów zostać prawicowym terrorystą. Przeraziłem się – na ekranie zobaczyłem siebie. A to przecież nie byłem ja. Paryskie spotkania zmieniły mnie, dały jakby powiew świeżego powietrza. Potrafiłem już wyjrzeć poza krąg dotychczasowych znajomych, wyobrazić sobie życie w społeczeństwie. Przerażało mnie jedno – samotność. Stanowiliśmy kolektyw, a ja nagle stałbym się jednostką. Nie wiedziałem, czy znajdę sobie innych przyjaciół.

W 1993 roku miałem ostatni proces sądowy – o pobicie. Obiecałem sobie: jak pójdziesz do pierdla, nic się nie zmieni, ale jeśli cię uniewinnią, masz szansę z tym skończyć. Uniewinnili.

Zrobiłem to tak, by nie było powrotu – SAT 1 wyemitował program, w którym publicznie zerwałem z neonazizmem. Niedługo potem moja matka odebrała paczkę z bombą w środku. To przypadek, że nie wybuchła – w drodze wyładowała się bateria. Potem rozbroili ją saperzy. Złożyłem zeznania na policji – obciążyłem byłych kolegów i samego siebie. Zacząłem nowe życie, ze względów bezpieczeństwa wyemigrowałem do Szwecji.

W 2001 roku współzakładałem EXIT, organizację pomagającą osobom, które chcą skończyć z neonazizmem. Podobna inicjatywa działa w Szwecji. Jakie są problemy tych ludzi? Boją się zemsty, mają braki w edukacji, nie mają żadnych znajomych poza środowiskiem. Pomagamy im zmienić miejsce zamieszkania. Doradzamy, jak się dokształcić i znaleźć pracę na rynku (np. jeśli ktoś projektował strony internetowe dla organizacji ekstremistycznych, może robić to samo dla zwykłych firm). Zapewniamy wsparcie psychologa. Kładziemy nacisk na świadomy rozrachunek z ideologią neonazistowską, a to długi proces. W Niemczech nawróciliśmy ponad 300 osób.

Matthias: Oświadczyłem się Gundzie. Paradoksalnie od tego czasu nasze relacje pogorszyły się. Kłóciliśmy się o politykę. Ona miała dość słuchania o żydowskich spiskach, złych aliantach, czystych Aryjczykach i “Wielkich Niemczech”. Chciała wreszcie przestać nienawidzić, dusiła ją sekciarska atmosfera w ruchu. Wcześniej była ignorantką, teraz czytała z wielu źródeł. Stawiała mi coraz trudniejsze pytania: czym właściwie jest ten znienawidzony przez ciebie system? Jakie masz dowody na to, że kierujący nim Żydzi chcą zniszczyć twój naród? Ilu Żydów znasz osobiście? W końcu zawołałem “Sieg heil!” i trzasnąłem drzwiami.

Ale popadłem w depresję. Rozmowy z Gundą zachwiały moim światopoglądem. Byłem twardogłowym radykałem gotowym ginąć za słuszną sprawę. Ale czy rzeczywiście walczyłem o słuszną sprawę? – dręczyło mnie. Wątpliwości potęgowało zachowanie działaczy NPD – afery korupcyjne, libacje alkoholowe, wizyty w burdelach, chamstwo skinheadów. Spacerowałem po lesie i zastanawiałem się nad sobą.

Minęły tygodnie. Zadzwoniłem do Gundy. Znowu się zeszliśmy. To ona pomogła mi zdjąć klapki z oczu. Po raz pierwszy sięgnąłem do innych źródeł niż skrajnie prawicowe bez przekonania, że za wszystkim stoi żydowski spisek. Wystąpiłem z NPD, zgoliłem wąsik Hitlera.

Mnie i Gundę czekał proces o zbezczeszczenie cmentarza żydowskiego. Przyznaliśmy się do wszystkich czynów karalnych, które popełniliśmy. Tym samym świadomie wyszliśmy ze środowiska. Ale męczyło mnie wiele pytań. Dyskutowałem z ludźmi na forach internetowych. Trudno było mi pogodzić się z utratą Śląska. Uprzedzeń do Żydów wyzbywałem się stopniowo. Uświadomiłem sobie, jak bardzo oni sami różnią się między sobą. Naziści upraszczają świat: chciwy Żyd, pilny Niemiec, głupi Murzyn. To fałszywe metki. Wstąpiliśmy do EXIT – tu podczas dyskusji z kryminologiem Berndem Wagnerem dalej “leczyliśmy” swój światopogląd.

Wplątałem w nazizm wiele osób, które ciągle są aktywne w ruchu. Tego żałuję najbardziej. Dziś próbuję to nadrobić: jako współpracownik EXIT jeżdżę z wykładami o neonazizmie po szkołach i rozmawiam z młodymi ludźmi. Nastolatki są najbardziej podatne na fascynację nazizmem. W wielu regionach wschodnich Niemiec nie mają światopoglądowej alternatywy. Trzeba ich chronić i uświadamiać.

Gabriel: Był rok 2005, zbliżał się koncert antyfaszystowski. Moi koledzy chcieli zdemolować scenę, na której miał się odbyć. Wokół sceny kilka dni wcześniej koczowali już ludzie. Jeden znajomy zaatakował ich w nocy koktajlem Mołotowa. Wybuchł pożar, ale nikt nie odniósł poważnych ran. Zaczęły się procesy. Zjeżdżaliśmy na nie w 50 osób, żeby zastraszyć antifę. Wtedy po raz pierwszy poczułem się winny. Gdyby rzuty były celniejsze, ktoś by zginął.

Mniej więcej w tym czasie wiozłem rzeczy kumplowi do więzienia. Jechałem samochodem z jego matką. Rozpłakała się: “Pan zniszczył mojemu synowi życie!”. Rzeczywiście to ja wciągnąłem go do ruchu. Nigdy nie zapomnę bólu tej matki. Ilu osobom jeszcze zniszczyłem życie? – zapytałem się w duchu. Gryzło mnie sumienie. Straciłem cały zapał.

W sądzie poznałem bliżej kilku antyfaszystów, powoli dopuszczałem do siebie różne poglądy. Czytałem zwykłą prasę. Miesiącami zmagałem się ze sobą. Postanowiłem wyrzec się przemocy, ćwiczyć opanowanie. To trudne, bo wcześniej czerpałem z niej nawet przyjemność.

Łatwiej było mi zerwać z ideologią niż z kolegami. Miałem stuosobową ekipę, na której polegałem przez 15 lat. Bez niej byłem nikim – społecznym nieudacznikiem.

Udało mi się wyjść ze środowiska dzięki pomocy EXIT. Ale starzy znajomi nie dawali o sobie zapomnieć. Zaczęła się nagonka w internecie i SMS-y z groźbami. Moją dziewczynę obrażano jako “antyfaszystowską dziwkę”. Zmieniłem adres. W końcu zostawili mnie w spokoju. Zdałem maturę, zacząłem studia z resocjalizacji. Chcę być pracownikiem społecznym. Ciągle tkwią we mnie pozostałości tamtego okresu, chociażby w języku. Przyzwyczaiłem się nie używać żadnych zwrotów obcych. Jestem rozdarty, bo cała moja młodość związana była z neonazizmem. To przecież najpiękniejsze lata życia. A czy ja w ogóle przeżyłem coś pięknego?

Polska

•Czerwiec 13, 2009 • 2 komentarzy

W 1999 r. doktor historii Uniwersytetu Opolskiego Dariusz Ratajczak wydał książkę pt. „Tematy niebezpieczne”, którą polecał swoim studentom. W publikacji tej przedstawił, między innymi, poglądy rewizjonistów holokaustu. Kiedy sprawa stała się głośna w mediach, prokuratura wszczęła przeciw Ratajczakowi postępowanie karne, oskarżając go o kłamstwo oświęcimskie, które jest ścigane z art. 55 ustawy o IPN. Za zaprzeczanie zbrodniom popełnionym w czasie II wojny światowej grożą trzy lata pozbawienia wolności. Ratajczak został także usunięty ze stanowiska na uniwersytecie oraz otrzymał zakaz wykonywania zawodu nauczyciela na trzy lata. Postępowanie przeciw Ratajczakowi zostało decyzją Sądu Rejonowego w Opolu umorzone ze względu na znikomą szkodliwość społeczną zarzucanego mu czynu. W 2000 r. Sąd Okręgowy uchylił wyrok i sprawa Ratajczaka została przekazana do ponownego rozpoznania. Rok później postępowanie znów zostało umorzone na rok próby, jednak w 2002 r. Sąd Okręgowy utrzymał poprzedni wyrok w mocy.[1] Sam Ratajczak nie przyznawał się do winy, twierdząc, iż przedstawiał jedynie poglądy grupy niezależnych uczonych, z którymi nie zawsze się zgadzał. Jednak, jak sam stwierdził, nie zgadzał się też z obowiązującą wersją historii holokaustu, gdyż „jest ona nie do obrony”[2]. Czytając kilkustronicowy rozdział „Tematów niebezpiecznych” zatytułowany „Rewizjonizm holokaustu” trudno przyznać, iż zjawisko to przedstawione zostało w sposób obiektywny. Wprawdzie Ratajczak nie pisze tu wprost, iż popiera stanowisko negacjonistów, jednak jego komentarze wzbudzają wątpliwości. Opowiada się on dość jednoznacznie po stronie przedstawicieli rewizjonizmu holokaustu pisząc, że „Ludzie ci traktowani są przez wyznawców religii Holocaustu, a więc zwolenników cenzury i narzucania opinii światowej fałszywego, propagandowego obrazu przeszłości, jako szarlatani, neonaziści i skrajni antysemici. Argument to chyba chybiony, gdyż ruch historycznego rewizjonizmu, którego elementem (co prawda ważnym) jest nonkonformistyczne podejście do Holocaustu, nie jest jednorodny. Zaangażowani są w nim historycy – zawodowcy, amatorzy, całe instytucje. Nie ma on jednego oblicza ideowo-politycznego. Występują w nim postawy rozciągające się od skrajnej prawicy po skrajna lewicę, a rewizjoniści to ludzie wszystkich ras i wielu narodowości, włącznie z Żydami.”[3] Określanie ludzi, którzy przyjmują za prawdę fakt zagłady Żydów podczas drugiej wojny światowej jako „wyznawców religii Holocaustu”, jako „zwolenników cenzury i narzucania opinii światowej fałszywego, propagandowego obrazu przeszłości” wydaje się być osobistą, negatywnie nacechowaną, wypowiedzią autora. Pisząc o kwestii istnienia komór gazowych w niemieckich obozach koncentracyjnych, Ratajczak stwierdza: „Podsumowując ten wątek możemy więc stwierdzić bez popełniania większego błędu, że Cyklon B stosowano w obozach do dezynfekcji, nie zaś mordowania ludzi (tak więc słynna “selekcja do gazu” była zwykłym podziałem nowoprzybyłych według wieku, płci, stanu zdrowotnego); łaźnia służyła w obozie do kąpieli, nie była miejscem gdzie mordowano ludzi; opowiadania ocalałych więźniów jakoby widzieli gazowanie ludzi są bezwartościowe. Jest to dramatyzowanie i tak już dramatycznej sytuacji (podobnie rzecz się ma z zeznaniami oskarżonych po wojnie SS-manów – kajających się, ulegających presji i przesłuchujących, chcących odgrywać w obliczu szubienicy role “piekielnych facetów” – przypadek Rudolfa Hoessa).”[4] Wspominając o badaniach Freda Leuchtera, nazywa go Ratajczak „fachowcem najwyższej jakości, człowiekiem pozbawionym jakichkolwiek ‘politycznych skłonności’, który po prostu zna się na komorach gazowych i substancjach zabijających”. Dodaje przy tym: „Tezy opracowanej przez niego po powrocie ekspertyzy okazały się zabójcze dla zwolenników oficjalnej wersji Holocaustu, a sprowadzały się do jednoznacznej konkluzji, iż pomieszczenia przedstawiane jako komory gazowe nie mogły służyć do masowego zabijania ludzi.”[5] Daje w ten sposób do zrozumienia, iż zgadza się z omawianymi przez siebie tezami. Trudno zatem zgodzić się, że poglądy rewizjonistów w „Tematach niebezpiecznych” przedstawione są w pełni obiektywnie.

W 2001 r. Dariusz Ratajczak wydał kolejną książkę „Tematy jeszcze bardziej niebezpieczne”, zbiór krótkich, kilkustronicowych, esejów. Jak sam pisze we wstępie, jest to dalszy ciąg poprzedniej pozycji. We wstępie również wyraża swoją opinię na temat rewizjonistów holokaustu, którzy jego zdaniem, choć mylą się w kilku sprawach węzłowych, a wiele ich tez należy obalać, poruszają jednak kwestie warte przemyślenia. Pisze również Ratajczak, iż należy z nimi prowadzić merytoryczną dyskusję, a nie lżyć ich i zastraszać.[6] Temat rewizjonizmu holokaustu obecny jest nie tylko we wstępie wspomnianej książki, poświęca mu autor także kilka esejów. Stwierdza przy tym, iż motywem poruszania przez niego tych kwestii jest uczciwość historyka i chęć, by czytelnik sam wyciągnął z nich odpowiednie wnioski. Staje Ratajczak w swoich esejach w obronie rewizjonistów, uznając, iż ich przeciwnicy to współcześni następcy inkwizycji. Rewizjoniści zaś są poddawani licznym represjom jedynie za głoszenie wersji historii nie przystającej do obowiązującej obecnie „politycznej poprawności”. Ratajczak przedstawia ich jako niezależnych, apolitycznych badaczy, którzy dla prawdy poświęcają swoje kariery, ryzykują życie swoje i swoich rodzin. Historycy zajmujący się kwestią zagłady, a stojący na pozycjach „eksterminacjonistycznych” są klasyfikowani jednoznacznie  negatywnie. Przykładem na to może być początek i zakończenie eseju „Pająk – Irving – Piper. Spór o holokaust”, w których Ratajczak określa Davida Irvinga jako świetnego historyka angielskiego, autora książek o II wojnie światowej i człowieka z klasą, Franciszka Pipera zaś jak tropicela neonazistów i gorącego patriotę Muzeum Oświęcimskiego, którego narodowość jest dyskusyjna”.[7]

Neguje też Ratajczak wiarygodność świadków holokaustu, stwierdza w kolejnych esejach („Fałszywi świadkowie”, „Jeszcze o naocznych świadkach holokaustu”), iż ich wspomnienia i zeznania są z gruntu absurdalne, jak pisze: „ (…) w konfrontacji z faktami okazały się bezwartościowe. Mówiąc dosłownie: były to kłamstwa.”[8] Trudno zresztą zorientować się, jakie rzeczywiście są poglądy autora, gdyż po wielu, nie opatrzonych żadnym komentarzem, cytatach negujących istnienie komór gazowych w niemieckich obozach koncentracyjnych, stwierdza on, iż jest „ święcie przekonany” o tym, że urządzenia takie faktycznie były.[9]

Trudno uznać zarówno „Tematy niebezpieczne” jak i ich kontynuację za książki popularyzujące historię. Popularyzują one jedynie subiektywne poglądy autora w kontrowersyjnych kwestiach. Ratajczak twierdzi, iż jedynie streszcza poglądy autorów z kręgu rewizjonizmu holokaustu, podaje jedynie materiał źródłowy, jednak jest on dobrany dość tendencyjnie, a osoby, które mają na ten temat zdanie odmienne, są przedstawiane pejoratywnie. Podobnie sprawa ma się i w esejach dotyczących innych tematów.

Sprawa Ratajczaka pojawiła się również kilkakrotnie łamach periodyku IHR „The Journal of Historical Review”. W jednym z artykułów zacytowano szwajcarskiego rewizjonistę Juergena Grafa, który stwierdził, że w Polsce rozpętano przeciwko Ratajczakowi kampanię nienawiści, w której przewodzi „Żyd Adam Michnik”. Dariusz Ratajczak jest zaś określony jako człowiek o niewzruszonych przekonaniach politycznych i religijnych oraz o silnym charakterze, który jako taki nie jest dobrze widziany przez rząd Polski.[10] W kwietniu 2003 r. Dariusz Ratajczak wziął udział w konferencji IHR w Sacramento w Stanach Zjednoczonych.[11]


[1] E. Kosowska-Korniak, Historia sprawy Ratajczaka, Nowa Trybuna Opolska, nr 131, 8-9.06.2002

[2] M. Wajda, D. Widecka-Lasota, Wilczy bilet, Gazeta Wyborcza, nr 82, 6.04.2000

[3] D. Ratajczak, Tematy niebezpieczne, www.patriota.pl

[4] D. Ratajczak, op. cit.

[5] D. Ratajczak, op. cit.

[6] D. Ratajczak, Tematy jeszcze bardziej niebezpieczne, Kociaty – Nowy Jork 2001, s. 11

[7] D. Ratajczak, Tematy jeszcze…, op. cit., s.49-50

[8] D. Ratajczak, Tematy jeszcze…, op. cit., s. 26

[9] D. Ratajczak, Tematy jeszcze…, op. cit., s. 44

[10] No Punishment for Polish „Holocaust Denial”, The Journal of Historical Review, Sept.-Dec. 1999, www.ihr.org

[11] 2004 New Year Report, www.ihr.org

The Institute for Historical Review

•Czerwiec 13, 2009 • 3 komentarzy

Spośród instytucji zajmujących się szerzeniem poglądów negacjonistycznych najbardziej znaną, choć nie jedyną, jest Institute for Historical Review. Oprócz niego istnieją także m. in. australijski Adelaide Institute, którym kieruje Frederick Toeben, czy Commitee of Open Debate on Holocaust Bradleya Smitha.

Institute for Historical Review, którego założycielem i pierwszym dyrektorem był brytyjski neonazista William David McCalden, powstał w 1978 r. w Kalifornii. Duży wkład w  jego stworzenie miał też Willis Carto, czołowy amerykański antysemita, który oprócz IHR powołał do życia także Liberty Lobby, prawicową grupę nacisku działającą w Waszyngtonie, Noontide Press, wydawnictwo, które zajmuje się publikacją antysemickich i rewizjonistycznych pozycji oraz Populist Party.[1] W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych dwudziestego wieku wydawał on pismo American Mercury, na łamach którego w 1966 r. ukazały się pierwsze artykuły dotyczące rewizjonizmu holokaustu. Carto był szarą eminencją IHR. Mimo iż formalnie nie miał nad organizacją żadnej władzy, jednak jego wpływy w rzeczywistości były znaczące.[2]

Według ludzi, którzy go tworzą, IHR to centrum badawcze, edukacyjne i wydawnicze, które ma przyczyniać się do zwiększania się świadomości społeczeństwa na temat kluczowych rozdziałów historii, przede wszystkim dwudziestowiecznej, które mają duże społeczno-polityczne znaczenie dziś. IHR nie jest, jak piszą, organizacją ani ideologiczną, ani polityczną, ani sekciarską. Stanowi centrum dla naukowców i działaczy z całego świata, którzy starają się oddzielić prawdę historyczną od propagandowego fałszu. Twórcy Instytutu stwierdzają, iż niesłusznie posądza się ich o negowanie holokaustu, ponieważ zajmują się oni jedynie sprostowywaniem błędnych poglądów, jakie w ciągu półwiecza żydowsko-syjonistyczne organizacje dla swoich celów rozprzestrzeniały w społeczeństwach. Instytut posiada swój własny periodyk, Journal of Historical Review, który zaczął ukazywać się w 1980 r.; do tej pory ukazało się ponad 60 numerów. Od 1979 r. zorganizował także czternaście konferencji poświęconych rewizji historii. IHR stwierdza swój rosnący wpływ na społeczeństwo, przede wszystkim amerykańskie, ale także innych krajów. Jego publikacje znajdują się we wszystkich znaczniejszych bibliotekach uniwersyteckich na świecie, a poparcia udzielają mu znani naukowcy.[3]

Jak pisze Deborah Lipstadt, stworzenie IHR miało na celu wyprowadzenie rewizjonizmu holokaustu z cienia i wyniesienie go na pozycje naukowe.[4] Jak widać z przedstawionych powyżej deklaracji twórców IHR, chcą oni stworzyć wrażenie szerokiego spektrum swoich zainteresowań badawczych, jednak nawet pobieżna analiza ich publikacji oraz artykułów w Journal of Historical Review pokazuje, że, choć faktycznie znajdują się tam artykuły dotyczące innych problemów, tematem, który najbardziej absorbuje autorów, jest negowanie zagłady Żydów podczas drugiej wojny światowej oraz obrona systemu hitlerowskiego. Choć Instytut deklaruje, że nie reprezentuje żadnej ideologii, ani nie podsyca dyskryminacji jakiejkolwiek grupy rasowej, łatwo dostrzec, iż w rzeczywistości ma nastawienie rasistowskie, a w szczególności antysemickie.

W 1979 r. IHR ogłosił, że przeznacza pięćdziesiąt tysięcy dolarów na nagrodę dla tego, kto udowodni istnienie komór gazowych, w których w czasie drugiej wojny światowej eksterminowano Żydów. Ogłoszenie nagrody zostało zignorowane przez media, w następnym roku IHR porozsyłał więc listy z ofertą wzięcia udziału w „konkursie” do byłych więźniów obozów koncentracyjnych. Ten, kto zgłosiłby się do udziału, miał za zadanie przedstawić dokładne i wiarygodne informacje na temat czasu i miejsca gazowania, którego był świadkiem. Miał też opisać szczegółowo urządzenia zagłady i przedstawić dowody na prawdziwość swoich twierdzeń, dzienniki, które wówczas prowadzili lub fotografie, które zrobili. Oferty zostały wysłane m. in. do Szymona Wiesenthala oraz do Mela Mermelsteina, który zdecydował się podjąć wyzwanie. Szymon Wiesenthal z „konkursu” wycofał się, gdy dowiedział się, iż decyzję o tym, czy przedstawione dowody są w pełni przekonujące, miał podjąć powołany przez IHR trybunał. Zaproponował on, by sprawie przewodniczył sędzia Sądu Najwyższego stanu Kalifornia, jednak władze Instytutu nie zgodziły się na to. W trybunale zasiadać mieli m. in. Robert Faurisson, Arthur Butz i Ditlieb Felderer, co w żaden sposób nie gwarantowało bezstronności wyroku. IHR odrzucił dowody przedstawione przez Mermelsteina. Mel Mermelstein podał więc instytut do sądu, którego wyrokiem nakazano jego władzom wypłacić mu obiecane pięćdziesiąt tysięcy dolarów oraz dodatkowe czterdzieści tysięcy zadośćuczynienia za wyrządzone szkody moralne. IHR był także zobowiązany do przedstawienia Mermelsteinowi oficjalnych przeprosin.[5] W artykule opublikowanym w Journal of Historical Review w 1994 r. jeden ze współpracowników IHR, Theodore J. O’Keefe przedstawia sprawę procesu Instytutu z Mermelsteinem i tłumaczy, iż z powodu krzywdzącego dla IHR nastawienia sądu, Instytut zdecydował się nie kontynuować procesu i zgodził się na niesprawiedliwy wyrok. Jednak dowody, jakie przedstawił Mel Mermelstein, uznał i nadal uznaje za niewiarygodne i zmyślone.[6]

Kryzys w działalności Institute for Historical Review nastąpił, kiedy doszło do konfliktu między kierującymi Instytutem Markiem Weberem i Gregiem Ravenem, a Willisem Carto. W 1993 r. jedna ze zwolenniczek działalności Instytutu zapisała mu w spadku dużą sumę pieniędzy, które przejął Carto. Sprzeciwili się temu pracownicy IHR, uważając, że pieniądze powinny zostać przekazane, jak życzyła sobie tego ofiarodawczyni, organizacji. Sprawa skończyła się w sądzie przegraną Willisa Carto, który zerwał wszelkie związki z Instytutem.[7] Kiedy Carto wycofał się ze sponsorowania IHR, Instytut znalazł się nagle w dużych kłopotach finansowych. Utracił bowiem także dużą część dawnych zwolenników, którzy pozostali wierni Carto, nie był zaś w stanie zdobyć nowych. Nakład głównego periodyku IHR Journal of Historical Review spadł z sześciu tysięcy do około trzystu egzemplarzy, w końcu w 2003 r. wydawanie jego zostało czasowo, jak pisze Mark Weber, zawieszone.[8] Kłopoty finansowe sprawiły, iż kierownictwo IHR postanowiło sprzedać listę adresową czasopisma „Spotlight” żydowskiej organizacji o nazwie Anti-Defamation League (ADL), która ma na celu zwalczanie rasizmu.[9] Problemem dla IHR stała się również przegrana Davida Irvinga w procesie przeciw Deborze Lipstadt. Irving był jedynym spośród współpracowników IHR, który uznawany był w oficjalnym obiegu i w pewien sposób uwiarygodniał ośrodek w oczach opinii publicznej. Kiedy jego reputacja została w trakcie procesu mocno nadwerężona, IHR musiał sobie z tym poradzić. Trzynasta zorganizowana w 2000 r. przez Instytut konferencja miała być odpowiedzią na tę porażkę. Następna, czternasta z kolei konferencja IHR ukazała nowe kierunki, w jakich podąża Instytut. Wśród jej uczestników zabrakło tak znaczących rewizjonistów holokaustu jak David Irving, Arthur Butz czy Germar Rudolf. Problem negowania zagłady Żydów nie był także, jak dotychczas, głównym tematem konferencji, podejmowała go niewielka część występujących. Na pierwszy plan wysunęła się propaganda antyizraelska, co potwierdza też pierwsza od dwóch lat książka wydana przez związane z IHR wydawnictwo Noontide Press: „The Founding Myth of Israel” autorstwa Rogera Garaudy. Wiąże się to z faktem, iż Institute for Historical Review, poszukując nowych źródeł finansowania swej działalności, zwrócił się w stronę państw Bliskiego Wschodu.[10]

Liczne grono rewizjonistów ma również obiekcje co do sposobu kierowania Instytutem przez obecnego jego dyrektora Marka Webera. Jak pisze Germar Rudolf, kieruje on IHR w sposób dyktatorski, nie biorąc pod uwagę żadnych sugestii współpracowników, co prowadzi do nowych podziałów w środowisku.[11] W wyniku wewnętrznych sporów wielu spośród współpracowników IHR odeszło, między innymi wydawca The Journal of Historical Review i autor licznych


[1] Willis Carto And the IHR, www.nizkor.org

[2] G. Rudolf, IHR: Is the Ship Sinking?, www.vho.org

[3] A Few Facts About the Institute for Historical Review, www.ihr.org

[4] D. Lipstadt, op. cit., s. 142

[5] D. Lipstadt, op. cit., s.136-141

[6] T. J. O’Keefe, ‘Best Witness’: Mel Mermelstein, Auschwitz and the IHR, The Journal of Historical Review, vol. 14, no. 1, (January/February 1994), www.ihr.org

[7] G. Rudolf, IHR…, op. cit.

[8] M. Weber, 2004 New Year Report From the Institute for Historical Review, www.ihr.org

[9] T. J. O’Keefe, Exit the Whistleblower: My Fall from Grace at IHR, www.vho.org

[10] Looking East: The IHR at the Crossroads, www.holocaust-history.org

[11] G. Rudolf, IHR…, op. cit.

Germar Rudolf

•Czerwiec 13, 2009 • 1 komentarz

Fred Leuchter nie był jedynym, który usiłował w sposób naukowy dowieść, iż w Oświęcimiu nie było komór gazowych i masowej eksterminacji. Podobnego zadania podjął się niemiecki chemik, Germar Rudolf, pracownik Instytutu Maxa Plancka w Stuttgarcie. Stwierdził on, za innymi rewizjonistami, iż przez cały okres powojenny aż do badań Leuchtera nie przeprowadzono wiarygodnych ekspertyz, które przekonywałyby ostatecznie o faktycznej eksterminacji Żydów na terenie KL Auschwitz. Pierwsze badania, przeprowadzone jeszcze w  1945 r. przez Instytut Ekspertyz Sądowych z Krakowa, ocenia jako nieprawidłowe. Według niego, naukowcy zbadali wtedy jedynie znalezione w Oświęcimiu włosy, spinki do włosów oraz metalową płytkę, która miała być zamknięciem wywietrznika w komorze gazowej w Brzezince. Zarówno we włosach, jak i pozostałych przedmiotach znaleziono ślady kwasu cyjanowodorowego. Jednak badania te, jak twierdzi Rudolf, były jedynie jakościowe, a nie ilościowe, nie wskazywały na ilości znalezionego kwasu. Nie było także możliwości zweryfikowania, skąd pochodziły znalezione włosy, ani w jakim czasie były one wystawione na działanie cyjanowodoru. Istnieje przecież możliwość, że gaz użyty został dla zdezynsekowania już obciętych włosów. Z podobnym problemem do czynienia mamy w przypadku owej płytki, której pochodzenia nie da się ustalić wystarczająco dokładnie. Jak pisze Rudolf, Instytut Ekspertyz Sądowych otrzymał także do zbadania próbkę zaprawy murarskiej pochodzącą ze ścian „rzekomej” komory gazowej, lecz fakt ten nie jest wspomniany w raporcie Instytutu, być może dlatego, iż wynik badania nie był pozytywny. Znaczącym wydaje się też Rudolfowi, iż nie przeprowadzono żadnym poważniejszych ekspertyz na potrzeby procesów załogi KL Auschwitz, jakie miały miejsce we Frankfurcie w latach 1963-1976. Zwraca on także uwagę na uniewinnienie w 1972 r. na procesie w Wiedniu architektów krematoriów Waltera Dejaco i Fritza Ertla. Według niego, przedstawiono wtedy dowody na to, iż budynki, które pokazywano jako byłe komory gazowe, nie mogły być używane w takim celu. Jak podaje Rudolf, w latach sześćdziesiątych Muzeum w Oświęcimiu zleciło przedsiębiorstwu Hydrokop przeprowadzenie badań ziemi, w miejscach, gdzie miały być masowe groby ofiar gazowania. Rezultatów jednak nigdy nie podano do wiadomości. Dopiero jakiś czas później część materiałów zdobył i opublikował niemiecki wydawca rewizjonistyczny Udo Walendy. Na podstawie jego publikacji nie dało się jednak ustalić, czy faktycznie znaleziono tam szczątki ludzkie. Pierwszym, który zwrócił uwagę na konieczność przeprowadzenia szczegółowych naukowych ekspertyz terenu byłego obozu w Oświęcimiu był, według Germara Rudolfa, Robert Faurisson, którego starania zaowocowały badaniami Freda Leuchtera. Odpowiedzią na „Raport Leuchtera” były ekspertyzy pracowników krakowskiego Instytutu Jana Sehna z 1991 r., które Rudolf ocenia jako całkowicie błędne.

W 1990 r. Germar Rudolf rozpoczął własne badania w celu zweryfikowania raportu Leuchtera. Chciał dowiedzieć się, czy pruski błękit jest wystarczająco trwały by utrzymać się w ścianach byłych komór gazowych, wystawionych na działanie zmiennych warunków atmosferycznych. Po stwierdzeniu, że jest to możliwe, kontynuował badania. Po dwukrotnym pobycie na terenie byłego obozu w Oświęcimiu i osiemnastu miesiącach pracy w styczniu 1992 r. opublikował pierwszą wersję „Raportu Rudolfa”, w którym potwierdzał wyniki badań Leuchtera, iż gazowanie ludzi w Auschwitz nigdy nie miało miejsca. Rudolf stwierdził bowiem, iż skoro na ścianach i pozostałościach byłych komór gazowych nie ma błękitu pruskiego, który powinien tam się znajdować, jeśli miejsce to było wystawione na działanie kwasu cyjanowodorowego, ewidentnym jest, że środek ten nie był używany w tych miejscach w celu gazowania ludzi. Błękit pruski znajduje się natomiast w miejscach, w których przeprowadzano dezynsekcję.[1]

Rudolf, jak wcześniej Leuchter, nie wziął pod uwagę dwóch czynników. Po pierwsze, reakcje chemiczne, dzięki którym powstaje błękit pruski, zachodzą w ciągu wielu godzin. Po drugie, w wyniku działania kwasu cyjanowodorowego ludzie umierają o wiele szybciej niż insekty, które muszą być na jego działanie wystawione przez kilka godzin. Zarówno brak błękitu pruskiego, jak i stosunkowo niewielkie ślady HCN w byłych komorach gazowych przy jednoczesnej ich obecności w pomieszczeniach, w których przeprowadzano dezynsekcję, można prosto wytłumaczyć. Po pierwsze, wszystkie komory gazowe, poza jedną, zostały zburzone i ich ruiny wystawione były przez kilkadziesiąt lat na działanie zmiennych warunków atmosferycznych. Błękit pruski, jakkolwiek trudno się rozpuszcza, nie jest jednak całkowicie nierozpuszczalny. Komory dezynsekcyjne nie zostały zniszczone, łatwiej więc znaleźć tam ślady HCN.

Błękit pruski tworzy się bardzo wolno, co znaczy, że na materiale, który na działanie cyjanku wystawiony jest jedynie przez krótki czas, może on w ogóle nie powstać. Według relacji świadków całkowity czas od momentu wpuszczenia stosunkowo niewielkiej ilości cyjanowodoru do komory gazowej do rozpoczęcia wentylacji wynosił około pół godziny, co jest czasem zbyt krótkim, by mogła zajść reakcja. Odmiennie rzecz miała się w komorach dezynsekcyjnych.

Aby pozbyć się insektów, potrzeba zarówno większej ilości gazu, jak i znacznie dłuższego czasu. W związku z tym reakcja, w wyniku której tworzył się błękit pruski, mogła zajść. Znacznie częściej również przeprowadzano dezynfekcję niż gazowanie.[2]

Germar Rudolf prowadzi również szeroko zakrojoną działalność mającą za zadanie propagowanie rewizjonizmu holokaustu. Jest założycielem wydawnictwa Castle Hill Publishers, zajmującego się wydawaniem książek i broszur dotyczących tego tematu. Celem jego, jak pisze, jest naukowe badanie wydarzeń historycznych, szczególnie tych, które wydarzyły się w dwudziestym wieku, bez zwracania uwagi na obowiązujące dogmaty i aksjomaty. Castle Hill Publishers ma również stawać w obronie praw człowieka i dyskryminacji, szczególnie tej, która skierowana jest przeciwko narodowi niemieckiemu. Duże znaczenie przypisuje także prowadzeniu debaty nad zjawiskiem holokaustu i pomocy rewizjonistom, którzy z uwagi na swą pracę są prześladowani. Ostatnim z przedstawionych przez Rudolfa celów, jakie ma spełniać jego wydawnictwo jest walka o przywrócenie honoru wszystkim ludziom i organizacjom, które zostały niesprawiedliwie osądzone i skazane za zbrodnie, jakie „rzekomo” popełnili w czasie drugiej wojny światowej.[3]

Rudolf ma również własną stronę internetową www.vho.org, na której publikuje artykuły i udostępnia wybrane pozycje książkowe. Jak twierdzi, jego działalność jest o wiele bardziej skuteczna, niż działalność najbardziej znanej instytucji rewizjonistycznej Institute for Historical Review.


[1] G. Rudolf, A Brief History of Forensic Examination of Auschwitz, The Journal of Historical Review, vol. 20 no. 2 (March/April 2001), www.ihr.org

[2] B. Harmon, M. Stein, Prussian Blue:  Why the Holocaust Deniers are Wrong,  Shofar FTP Archive File: camps/auschwitz/cyanide/cyanide.002

[3] Castle Hill Publishers, About Us, www.vho.org

Fred Leuchter Jr.

•Czerwiec 13, 2009 • 1 komentarz

Podczas drugiego procesu Ernsta Zuendla obrona chciała wykazać, iż pokazywane turystom w byłych obozach koncentracyjnych budynki, służące w czasie wojny jako komory gazowe, w rzeczywistości nie mogły spełniać tych funkcji. W tej sprawie Faurisson i Irving skontaktowali się ze strażnikiem z amerykańskiego więzienia Billem Armontroutem, który asystował przy egzekucjach przy użyciu gazu. Armontrout zgodził się zeznawać na procesie, zaproponował też nawiązanie kontaktu z Fredem Leuchterem, który zajmował się konstruowaniem i instalowaniem narzędzi egzekucyjnych. Irving i Faurisson udali się do Bostonu, gdzie mieszkał Leuchter i w krótkim czasie przekonali go zarówno do tego, iż gazowanie ludzi w niemieckich obozach koncentracyjnych było nieprawdopodobieństwem, jak i do współpracy. Leuchter zgodził się przeprowadzić konieczne badania na terenie Polski oraz przedstawić ich wyniki na procesie Zuendla.[1]

Fred Leuchter wraz ze swoją żoną Carolyn oraz współpracownikami: rysownikiem Howardem Millerem, filmowcem Juergenem Neumannem, oraz tłumaczem Tijudarem Rudolfem, wyruszył do Polski 25 lutego 1988 r.[2] Wyposażony był, oprócz narzędzi potrzebnych do pracy, w mapy i plany na wypadek, gdyby musiał uciekać przez żelazną kurtynę a także w podarki, aby, jeśli byłoby to konieczne, przekupywać pracowników muzeum, by uzyskać dostęp do archiwów.[3] Do samego Oświęcimia przybyli dzień później – 26 lutego i pozostali tam do 2 marca, kiedy to udali się, na dzień przed powrotem do Stanów Zjednoczonych, do Lublina na Majdanek. Próbki pobrane w byłych obozach oddał Leuchter do laboratorium w Massachusetts prosząc o testy na obecność cyjanowodoru. Wyniki badań opublikowane zostały następnie w „Raporcie Leuchtera”. Autor stwierdza w nim, iż twierdzenie o masowym gazowaniu w obozach na terenie Polski nie miało miejsca.

W Auschwitz budynki, w których to gazowanie miało się odbywać, według Leuchtera nie spełniają minimalnych wymogów, które są konieczne, by mogło ono dojść do skutku. Nie pozostają również w zgodzie ze standardowymi komorami gazowymi używanymi naówczas w Stanach Zjednoczonych, ani niemieckimi urządzeniami do odwszania.

„Rzekoma” komora gazowa w krematorium I w obozie macierzystym w Oświęcimiu, jak pisze Leuchter, w czasie, gdy miano dokonywać tam masowego uśmiercania ludzi, służyła za kostnicę, a następnie za schron przeciwlotniczy. Nie została ona zaprojektowana tak, by można było jej używać jako komory gazowej. Nie ma uszczelnień w otworach, oknach i drzwiach. Ściany nie są zabezpieczone przed absorpcją gazu, który gromadząc się w szparach, mógłby stanowić niebezpieczeństwo dla życia przez następnych kilka lat. Temperatura w sąsiadującym z komorą krematorium mogłaby stać się przyczyną eksplozji. Nie ma systemu wentylacyjnego, a więc wywietrzenie komory wymagałoby dużo dłuższego czasu niż przewidywane 10 godzin. Na suficie znajdują się jedynie cztery otwory zbyt małe by zapewnić skuteczne wywietrzenie pomieszczenia. Przy tym, wentylowanie komory w ten sposób spowodowałoby, iż gaz dostałby się do znajdującego się w pobliżu szpitala SS powodując zatrucie i w konsekwencji śmierć personelu i pacjentów. Nie ma systemu wprowadzającego czy podgrzewającego cyklon B. Komora gazowa jest zbyt mała, by pomieścić taką liczbę osób, jaka pojawia się w relacjach. Drzwi otwierają się do środka, niemożliwym byłoby więc otworzenie ich po akcji gazowania, kiedy ofiary napierały na nie od środka. W pomieszczeniu w takim stopniu zapełnionym ludźmi gaz nie mógłby się ulatniać z powodu braku powietrza, a jeśli nawet ulotniłby się, nie mógłby krążyć po pomieszczeniu wystarczająco długo, by zginęli ludzie.

Wnioski Leuchtera świadczą o jego zupełnej nieznajomości samego procesu gazowania, a tym bardziej historii budynku. Jak wspomniane zostało wcześniej, nie zachowała się dotycząca go dokumentacja, ale wiadomo, jakie zostały dokonane przeróbki. Argument o otwierających się do środka drzwiach jest bardzo słaby. Leuchter nie bierze pod uwagę faktu, iż drzwi budynku wstawione zostały już po wojnie, nie można więc na ich podstawie wyciągać wniosków dotyczących okresu wcześniejszego. Poza tym, z trojga drzwi prowadzących do byłej komory gazowej, zachowały się do dzisiejszego dnia tylko jedne. Jedne, prowadzące do hali z piecami krematoryjnymi, zostały zamurowane, gdy budynek przestał spełniać swoją pierwotną funkcję. Kiedy postanowiono przywrócić mu dawny  wygląd, drzwi powtórnie wybito w ścianie, jednak nie dokładnie na miejscu dawnych. W czasie wyburzania dobudowanych tam przegród, o czym była już mowa przy omawianiu poglądów Roberta Faurissona, usunięto w byłej komorze o jedną ściankę za dużo, tak że drzwi, które dziś prowadzą do tego pomieszczenia, prowadziły wcześniej do składu popiołu, który znajdował się przed komorą. Z braku zachowanych planów, nie można stwierdzić również, jaki był system wentylacyjny komory, z relacji świadków wiadomo jednak, że pomieszczenie taki system posiadało. Twierdzenie Leuchtera, że wentylowany gaz spowodowałby zatrucie personelu i pacjentów szpitala SS jest całkowicie pozbawione sensu, gdyż niebezpieczeństwo zatrucia kwasem cyjanowodorowym zachodzi jedynie przy dużym jego stężeniu. Wydostający się na zewnątrz gaz szybko się rozprasza, tak że niebezpieczeństwa zatrucia praktycznie nie ma. Poza tym, gdyby faktycznie niebezpieczeństwo takie zachodziło, równie groźne dla otoczenia byłoby wietrzenie pomieszczeń dezynsekowanych cyklonem-B. Taki sam system wentylacyjny stosowany jest również we współczesnych komorach gazowych w Stanach Zjednoczonych, od użycia których Leuchter, jak sam twierdzi, jest specjalistą.[4]

W tym, w jaki sposób Leuchter podszedł do badania budynku krematorium I w obozie macierzystym widać zupełny brak logiki ze strony rewizjonistów, którzy, na czele z Faurissonem i Irvingiem, uznawali go za obiekt powstały już po drugiej wojnie światowej (co stwierdza również sam Leuchter). Leuchter jednak badając budynek, przyjmuje za fakt jego istnienie w czasie, gdy miała odbywać się w nim „rzekoma” eksterminacja. Co więcej, badania na obecność kwasu cyjanowodorowego potwierdziły (w sześciu próbkach na siedem), iż był on faktycznie używany w tym budynku. Badania te, jako wiarygodne, przyjęło bez zastrzeżeń całe grono rewizjonistów.

Podobne zastrzeżenia miał Leuchter w stosunku do komór w krematoriach w Brzezince. Stwierdził on, jeśli chodzi o krematorium II i III, iż tam także brak odpowiedniego systemu wentylacyjnego oraz doprowadzającego gaz. Brak także skutecznych zabezpieczeń. Badając teren Leuchter nie zauważył, jak pisze, żadnych śladów drzwi i czy choćby framug. W dachach nie ma żadnych widocznych otworów. Jeśli chodzi o krematoria IV i V, wnioskować można było jedynie na podstawie dostępnych planów, ponieważ budynki zostały doszczętnie zniszczone. Jednak, sądząc po samych planach, Leuchter uznał, że i tu gazowanie było niemożliwe. Wnioski, do jakich doszedł Leuchter jedynie po obejrzeniu pozostałości krematoriów na terenie Brzezinki, dowodzą braku jego jakichkolwiek kwalifikacji w tej dziedzinie. Po wysadzeniu w powietrze z budynków krematoriów II i III pozostały jedynie resztki ruin, z których niewiele da się wywnioskować nie znając dokumentów i planów znajdujących się w Archiwum PMA-B, a do tych Leuchter nawet nie usiłował uzyskać dostępu. Z krematoriów IV i V pozostały jedynie fundamenty, jednak i w tym przypadku istnieje przechowywana w Archiwum dokumentacja.

Także urządzenia pokazywane na Majdanku nie spełniają, według Leuchtera warunków, by uznać, że używane były do uśmiercania ludzi. „Rzekoma komora gazowa” została przebudowana po wojnie według planów, które się nie zachowały, pomimo że zachowały się plany innych zabudowań obozowych. Także tu pomieszczenie jest zbyt małe, by pomieścić taką masę ludzi. Nie ma żadnych zabezpieczeń – gaz swobodnie przedostawałby się do krematoriów i spowodowałby wybuch. Sam budynek oraz materiały, z których urządzenia zostały skonstruowane nie spełniają minimalnych wymogów komór gazowych.

Leuchter pisze, iż pobrał trzydzieści jeden próbek z „domniemanych komór gazowych” z pięciu krematoriów znajdujących się na terenie muzeum w Oświęcimiu. Pobrał także próbkę kontrolną z komory dezynfekcyjnej, w której przeprowadzano odwszanie i na ścianach której zobaczyć można plamy błękitu pruskiego, powstałego przez reakcję cyjanku z żelazem (podobnych plam brak w byłych komorach gazowych) oraz próbkę z innego budynku na terenie obozu. Badania chemiczne wykazały dużą zawartość cyjanku 1050 mg/kg w próbce kontrolnej. Prawie wszystkie spośród pozostałych próbek dały wynik negatywny. Jedynie kilka z nich zawierały ślady HCN w niewielkich ilościach. Od 1.9 do 6.7 mg/kg HCN wykryto w materiale pochodzącym z krematorium III, od 1.1 do 7.9 mg/kg w krematorium I, od 1.4 do 2.3 mg/kg w krematorium IV i od 1.7 do   4.4 mg/kg w krematorium V. Leuchter uznał, że wynika to faktu, iż budynki te były dezynfekowane przy użyciu cyklonu-B, co, jak zostało powiedziane wyżej, jest całkowicie błędną teorią.

Pierwszym błędem Leuchtera było to, iż założył, że na ścianach wystawionych na działanie cyjanowodoru błękit pruski musi się wytworzyć. Błędem było także niepobranie próbek z większej ilości budynków obozowych, co pokazałoby, czy zawartość badanej substancji w byłych komorach gazowych jest taka sama, czy wyższa niż gdzie indziej. Przyjął także, iż należy oczekiwać większej zawartości HCN w pomieszczeniach, gdzie miało mieć miejsce gazowanie ludzi, niż w tych, w których przeprowadzano dezynsekcję, z racji większego zużycia gazu w tych pierwszych. Ponieważ jego badania wykazały coś odwrotnego, uznał, że w krematoriach na terenie Oświęcimia, a także Majdanka nigdy nie gazowano ludzi.[5] Leuchter popełnił tu fundamentalny błąd, wykazując się przy tym nieznajomością choćby słynnej instrukcji użycia cyklonu-B, opublikowanej przez Roberta Faurissona. Znacznie więcej bowiem potrzeba zarówno samej substancji jak i czasu, aby zginęły insekty, niż żeby uśmiercić człowieka. Działanie cyjanowodoru polega bowiem na zahamowaniu oddychania komórkowego na skutek unieczynnienia enzymów oddechowych. Cyjanowodór przedostając się poprzez błony śluzowe i skórę, głównie poprzez płuca do krwi, blokuje proces uwalniania tlenu z czerwonych ciałek krwi, w wyniku czego następuje jak gdyby wewnętrzne “uduszenie”.[6] W organizmach kręgowców, także człowieka, następuje to o wiele szybciej, z uwagi na obecność hemoglobiny, która przenosi tlen do komórek, niż u owadów, które jej nie posiadają. Owady mogą przeżyć dłużej także z uwagi na beztlenowy metabolizm.[7]

„Raport Leuchtera” przedstawiony został jako dowód obrony w procesie Ernsta Zuendla, na którym zeznawał także sam Fred Leuchter. Podczas przesłuchań wyszedł na jaw fakt, iż Leuchter bezprawnie posługiwał się tytułem inżyniera, ponieważ nigdy nie ukończył żadnych studiów technicznych. Jest on absolwentem wydziału humanistycznego Uniwersytetu Bostońskiego, a jego edukacja w dziedzinie nauk ścisłych zakończyła się praktycznie na poziomie szkoły średniej. Leuchter dał również wyraz swojej całkowitej ignorancji w sprawach, w których miał rozstrzygać.


[1] D. Lipstadt, Denying the Holocaust, op. cit., s. 162

[2] Jak przebiegały badania Leuchtera na terenie Oświęcimia i Brzezinki zobaczyć można w filmie dokumentalnym Errola Morrisa „Mr. Death. The Rise and Fall of Fred Leuchter Jr.”, który powstał w 1999 r.

[3] R. Gant, The Review of the „Leuchter Report”, www.revisionists.com

[4] www.nizkor.org/ft.cgi/people/l/leuchter.fred

[5] F. Leuchter Jr., The Leuchter Report, www.zundelsite.org

[6] Cyklon B, www.auschwitz.org.pl

[7] B. Harmon, Technical Aspects of the Holocaust: Cyanide, Zyclon B and Mass Murder, Shofar FTP Archive File: camps/auschwitz/cyanide/cyanide.001

Robert Faurisson

•Czerwiec 13, 2009 • 1 komentarz

Roberta Faurissona można nazwać czołowym francuskim rewizjonistą. Jest on byłym profesorem literatury na Uniwersytecie w Lyonie. W 1978 r. opublikował on w prasie francuskiej artykuły, w których podważał fakt istnienia komór gazowych w Oświęcimiu. Ten problem jest głównym, choć nie jedynym, tematem jego zainteresowań. Prócz tego zajmował się także dowodzeniem, iż „Dziennik Anne Frank” jest powojennym fałszerstwem. Po zapoznaniu się z „Dziennikiem” uznał, iż w tekście znaleźć można mnóstwo błędów, nieścisłości i nielogiczności, które dotyczyły zarówno jego formy jak i treści. Stwierdza Faurisson, przyznając, iż nie jest specjalistą w dziedzinie grafologii, że charakter pisma jest odmienny w poszczególnych częściach rękopisu. W tzw. „szkockim zeszycie”, który zawiera zdjęcia, obrazki i rysunki, charakter pisma jest zdecydowanie dziecięcy. W innych zeszytach i luźnych kartkach zmienia się na pismo osoby dorosłej. Także rękopis opowiadań Anne wzbudził nieufność Faurissona. Według niego jest to zdecydowanie praca „doświadczonej księgowej”, a nie czternastoletniego dziecka. Porównuje również Faurisson holenderską i niemiecką wersję pamiętnika. Różnice między nimi zachodzące stanowią dla niego kolejny dowód na dokonane fałszerstwo. Problematyczna jest dla Faurissona także sama treść „Dziennika”. Dowodzi, iż niemożliwym jest, by warunki opisane w „Dzienniku” odpowiadały rzeczywistości. Absurdalny dla niego jest sam pomysł ukrywania się w biurze, skoro miało się rok na znalezienie odpowiedniego lokum dla całej rodziny. Ponadto osoby ukrywające się, szczególnie w takim miejscu, powinny zachowywać absolutną ciszę i daleko idącą ostrożność, z pamiętników Anne nie da się jednak wywnioskować, że te warunki były spełnione. Wprost przeciwnie, Faurisson wynajduje w „Dzienniku” fragmenty świadczące o tym, iż ukrywający się zachowywali się głośno, śmiali się, kłócili, używali odkurzacza, zajmowali się stolarką. Poza tym, w pamiętnikach mowa jest też o gotowaniu, przecież dym wydobywający się z komina niezamieszkanego domu na pewno wzbudziłby podejrzenia sąsiadów. Również dwa opisane przez Anne wydarzenia: wizyta nowego właściciela (27 lutego 1943 r.), który nie obejrzał tej części domu, w której przebywali ukrywający się, oraz włamanie z 11 kwietnia 1944 r. i wizyta policji, która także niczego nie spostrzegła, wydają się być Faurissonowi absurdalne.

Także rekonesans, jakiego dokonał Faurisson w „Domu Anne Frank” w Amsterdamie, wzmógł jego wątpliwości co do autentyczności wspomnień Anne. Pisze, iż każdy, kto zobaczy ten „szklany dom”, doznaje szoku, ponieważ jest on widoczny i łatwo dostępny ze wszystkich stron. Według Faurissona również plan domu zamieszczony w wydanym „Dzienniku” nie odpowiada stanowi faktycznemu. Opisuje także Faurisson wizytę, jaką w 1977 r. złożył ojcu Anne, Ottonowi Frankowi. Pisze, że wielokrotnie wprawiał Franka w zakłopotanie, stawiając mu pytania, decydujące dla stwierdzenia autentyczności pamiętnika, na które nie był on w stanie odpowiedzieć. W podobny sposób przebiegają opisywane przez Faurissona dalej spotkania z żyjącymi jeszcze wówczas ludźmi, którzy pomagali Frankom, gdy ci się ukrywali. Faurisson, jak pisze, odniósł wrażenie, że ludzie ci nie mogli w tamtym czasie mieć kontaktów z Frankami ani z innymi ludźmi ukrywającymi się razem z nimi. Mówili oni nieskładnie, nie orientując się w faktach.

Faurisson dochodzi do wniosku, że jeśli Frankowie w ogóle mieszkali w miejscu, o którym mówi pamiętnik Anne (co uznaje za prawdopodobne), to na pewno nie żyli tam w ukryciu. Prowadzili takie samo życie jak większość Żydów mieszkających ówcześnie w Amsterdamie. „Ukrywali się nie ukrywając się”. „Dziennik Anne Frank” został zaś spreparowany po wojnie przez ojca Anne przy pomocy wielu ludzi. [1]

Po śmierci Ottona Franka dziennik Anne został przekazany do Niderlandzkiego Państwowego Instytutu Dokumentacji Wojennej (Rijksinstituut voor Oorlagsdocumentarie), w którym poddany został drobiazgowym badaniom mającym ostatecznie potwierdzić lub wykluczyć jego autentyczność. Zbadano materiały: papier, klej, atrament, a także przeanalizowano dwadzieścia dwa inne dokumenty zawierające próbki pisma Anne i jej rodziny. Przeprowadzono również grafologiczną analizę „Dziennika”. Badania wykazały, że materiały, z których składał się dziennik, wyprodukowane i używane były w latach czterdziestych dwudziestego wieku. Poprawki, których dokonano długopisem (wynalezionym po drugiej wojnie światowej), są niewielkie (od kilku liter do trzech słów) i w żaden sposób nie zmieniają znaczenia tekstu. Stwierdzono także, że „Dziennik” napisany został przez jedną osobę; zmiany w charakterze pisma określono jako normalne dla dziecka w tym wieku. Porównując pismo osoby, która prowadziła dziennik z innymi dostępnymi próbkami pisma Anne, uznano ponad wszelką wątpliwość, iż autorką pamiętnika jest Anne Frank. Ostateczne wyniki badań przedstawiono w krytycznym wydaniu dziennika Anne.[2] Robert Faurisson zarzucił jednak i tym badaniom nierzetelność i uznał, że nie stanowią żadnego dowodu na autentyczność „Dziennika”, wręcz przeciwnie pokazują czytelniej, iż został on spreparowany.[3]

Drugim problemem, którym zajmuje się Robert Faurisson, i któremu poświęca zdecydowanie więcej uwagi, jest kwestia istnienia komór gazowych oraz użycia cyklonu B do uśmiercania ludzi w niemieckich obozach zagłady na terenie Polski. Od poruszenia tego zagadnienia rozpoczęła się kariera Faurissona. Uważa on, iż nie ma ani jednego przekonującego dowodu na to, że komory gazowe faktycznie istniały i używane były przez Niemców do eksterminacji ludności żydowskiej. Dał temu wyraz w pierwszych swoich artykułach opublikowanych 29 grudnia 1978 i 16 stycznia 1979 r. w francuskim czasopiśmie „Le Monde”. Stwierdził wtedy (w artykule z 29 grudnia 1978 r.), że w 1945 r. historycy byli pewni, iż komory gazowe funkcjonowały we wszystkich obozach niemieckich, w 1960 r. zrewidowano drastycznie te poglądy, przyznając, iż znajdowały się one jedynie w obozach na terenie Polski. Według Faurissona i te twierdzenia wcześniej czy później zostaną obalone. Każdy bowiem, kto miał do czynienia z współcześnie funkcjonującymi komorami gazowymi w USA, wie, jakie problemy stwarza uśmiercanie człowieka w ten sposób. Faurisson twierdzi, iż istnieje tysiące dowodów na to, iż pomieszczenia nazywane „komorami gazowymi” były zwykłymi kostnicami.[4]

W innym artykule wspomina o wyzwaniu, które rzucił dziennikarzom na konferencji prasowej w Sztokholmie. Zażądał od nich dostarczenia mu jakiegokolwiek zdjęcia lub rysunku przedstawiającego komory gazowe. Jak pisze, nikt nie sprostał temu zadaniu.[5]

Twierdzi Faurisson, że w olbrzymiej literaturze dotyczącej obozów koncentracyjnych „nie ma ani jednej książki, ani jednej broszury, ani jednego artykułu na temat samych komór gazowych.”[6] Cytuje także Jean-Marie Le Pena, który powiedział: „Jeśli weźmie się  tysiącstronicową książkę na temat drugiej wojny światowej, obozy koncentracyjne zajmują w niej dwie strony, a komory gazowe dziesięć lub piętnaście linijek. Coś takiego nazywa się detalem.” Faurisson wylicza przykłady takich książek, m. in. wspomnienia Churchilla, de Gaulle’a i Eisenhowera; wspomnienia z obozu Elie Wiesela, prace Daniela Goldhagena a nawet tekst wyroku Trybunału w Norymberdze. Małą ilość informacji interpretuje Faurisson jako dowód na nieistnienie komór gazowych. Jego zdaniem zarówno przywódcy państw alianckich, jak i sędziowie w Norymberdze wiedzieli, że jest to tylko wymysł wrogiej Niemcom propagandy, dlatego woleli nie wypowiadać się na ten temat. Podobnie postępują współcześni historycy.[7]

Jak pisze Jean Claude Pressac, w rzeczywistości nie ma żadnego bezpośredniego dowodu na przeprowadzanie planowej eksterminacji ludzi na terenie KL Auschwitz. Nie istnieją żadne zdjęcia czy filmy przedstawiające sam proces zagłady. Historycy są w posiadaniu dużej ilości zdjęć przedstawiających budowę krematoriów w Brzezince (Bauleitung Album), ale nie dowodzą one, iż budynki te miałyby posiadać pomieszczenia służące jako komory gazowe. Zachowały się też zdjęcia przedstawiające przybycie czterech transportów Żydów węgierskich oraz selekcje dwóch z nich w tzw. „Albumie Auschwitz” (Albumie Lili Jacob), ale i one nie pokazują samej eksterminacji, nie mogą więc stanowić przekonującego dowodu. Istnieją również trzy fotografie wykonane potajemnie przez członków Sonderkommando i przekazane przez polski Ruch Oporu poza obóz, które przedstawiają palenie zwłok w dołach spaleniskowych oraz nagie kobiety w lasku w pobliżu krematorium V. Są one cenne, lecz ich mała ilość także nie stanowi ostatecznego dowodu. Nie ma zdjęć zamordowanych ludzi, na których dałoby się bezsprzecznie ustalić czas, miejsce i sposób ich uśmiercenia. Podobnie żaden z zachowanych technicznych planów niemieckich, dotyczących budowy urządzeń służących później do zagłady, nie dowodzi w sposób bezpośredni ich przeznaczenia. Nie ma tam słów nieodparcie wskazujących na ich funkcje, takich jak: „komora gazowa”. Wynika to z faktu, iż urządzenia te, zbudowane dla swego oryginalnego przeznaczenia, zostały w późniejszym czasie przekształcone, by mogły służyć w przeprowadzeniu planu „ostatecznego rozwiązania”. Mamy więc do czynienia jedynie z relacjami świadków, zarówno byłych esesmanów, jak i byłych więźniów obozów koncentracyjnych oraz członków Sonderkommando. Jednak pamięć ludzka jest zawodna i także nie stanowi przekonującego dla rewizjonisty dowodu na fakt zagłady. Relacje świadków często są sprzeczne między sobą i łatwo wykazać ich niekonsekwencje w szczegółach, co wykorzystują rewizjoniści, by „dowodzić” ich fałszywości. Jak stwierdza Pressac, w przypadku braku dowodu bezpośredniego, pozostaje wykazać pośrednio, za pomocą logiki, na podstawie zachowanych dokumentów, iż komory gazowe faktycznie istniały.[8]

Faurisson twierdzi, że gdyby Niemcy mieli zamiar zagazować miliony ludzi, potrzebowaliby do tego olbrzymiej maszynerii, której żadnych pozostałości nie znaleziono. Nie zachowały się też żadne rozkazy czy plany dotyczące ich konstruowania i używania. Nie zachowały się również żadne dokumenty dotyczące spotkań specjalistów omawiających kwestie techniczne z nimi związane. W tak biurokratycznym państwie, jakim była Trzecia Rzesza, po którym zostało mnóstwo dokumentów, takie materiały z pewnością by się zachowały.[9]

Pozostałości w byłych obozach koncentracyjnych są w tak dużym stopniu przerobione, że nie mają najmniejszej wartości historycznej. Komora gazowa, jaką pokazuje się obecnie turystom zwiedzającym były obóz macierzysty – Auschwitz I, jest oszustwem. Jak pisze Faurisson, obiekt ten przedstawiany jest jako oryginalny, jednak zadając przewodnikom bardziej szczegółowe pytania, można dowiedzieć się, że jest to „rekonstrukcja”, „dokładna replika oryginału”. Według Faurissona całość nie jest ani autentyczna, ani nie jest dokładną repliką. Podaje także w skrócie historię budynku. W latach 1941-1942 służył on jako zwykłe krematorium z sześcioma piecami służącymi do spopielania zwłok oraz kostnicą. W latach 1943-1944 owych sześć pieców zostało zdemontowanych, a budynek zaczął służyć jako schron przeciwlotniczy oraz sala operacyjna dla mieszczącego się w pobliżu szpitala SS.[10]

Faurisson, choć podaje pewne prawdziwe szczegóły, fałszywie przedstawia historię obiektu. Budynek pokazywany obecnie turystom na terenie Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau jest jako taki oryginalny. Faktem jednak jest, że jego wnętrze zostało zrekonstruowane po wojnie. Kiedy zaczęły się amerykańskie naloty, nieużywany budynek krematorium I został zamieniony w schron przeciwlotniczy dla personelu i pacjentów szpitala SS. Dawną kostnicę podzielono wtedy na cztery osobne pomieszczenia. Ta część krematorium, w której znajdowały się piece, używana była jako skład lekarstw. Po wojnie zrekonstruowano rozebrany wcześniej komin. W dachu wybito na nowo otwory służące prawdopodobnie do wrzucania cyklonu-B, wyburzono ścianki działowe w dawnej kostnicy, niechcący usuwając o jedną za dużo, tak że otrzymano pomieszczenie o powierzchni 94 m2, podczas gdy oryginalna komora gazowa miała 78 m2. Odbudowano także dwa z trzech pieców krematoryjnych używając oryginalnych części znalezionych na terenie obozu. Drzwi wejściowe do składu lekarstw zostały przekształcone w okno.[11]

W Birkenau pokazywane są tylko ruiny, które, jak się twierdzi, są pozostałościami krematoriów oraz mieszczących się tam komór gazowych. Są to tylko ruiny, ale, jak dowodzi Faurisson, można za pomocą badań archeologicznych wykazać, jakim celom służyły w rzeczywistości.[12] Według Faurissona, pomieszczenia, które dziś przedstawia się jako komory gazowe, były w rzeczywistości kostnicami, w których składano zwłoki. W przypadku krematoriów w Birkenau znajdowały się one pod ziemią, co miało zapewnić odpowiednio niską temperaturę pomieszczeń. Tak napisał Faurisson w pierwszym swoim artykule opublikowanym w „Le Monde”. Artykuł opublikowany został wraz z repliką pióra Georgesa Wellersa, który, oprócz powoływania się na żyjących jeszcze świadków zagłady, zacytował także list szefa Bauleitung w KL Auschwitz kapitana SS Bischoffa z 29 stycznia 1943 r., w którym użyte zostało słowo „Vergasungskeller” na określenie jednego z pomieszczeń krematorium II w Brzezince.[13] W odpowiedzi na to, w artykule z 16 stycznia 1979 r., Faurisson zmienia swoją wersję i (idąc za propozycją Arthura Butza) stwierdza, iż pomieszczenie określone mianem „Vergasungskeller” to po prostu piwnica, w której przygotowywano gazową mieszankę dla pieców krematoryjnych. „Vergasung” oznacza tu według Faurissona karburację, czyli wytwarzanie mieszanki palnej z paliwa płynnego i powietrza (Butz tłumaczył to samo słowo jako „gazyfikację”).[14] W innym artykule, będącym odpowiedzią na tekst Pierre Vidal-Naqueta pt. „A Paper Eichmann”, noszącym tytuł „Response to a Paper Historian” Faurisson o tym samym pomieszczeniu mówi znów jako o kostnicy (Leichenkeller). Fakt, iż w próbkach pobranych ze ścian tego pomieszczenia znaleziono ślady HCN, tłumaczy tym, iż było ono dezynfekowane cyklonem B Argument ten jest z gruntu chybiony, gdyż cyklon B, jako silny insektycyd, jest zupełnie nieprzydatny w zwalczaniu organizmów beztlenowych, jakimi są bakterie.[15] Dodać tu należy, że wspomniany dokument nie jest jedynym, w którym Niemcy użyli słów „komora gazowa”. Znaleźć je można również w dokumentacji budowy krematorium IV[16]. Znajdujące się tam słowa „Gaskammer” Faurisson tłumaczy jako „komora dezynfekcyjna”.[17] Także analiza zamówień, w których zgłasza się zapotrzebowanie na drzwi  gazoszczelne, czy detektory gazu, mające być zamontowane w pomieszczeniach krematoriów w Brzezince, pozwala wysnuwać wnioski co do faktycznego ich przeznaczenia.

Tłumaczenia Faurissona nie wyjaśniają również dlaczego np. w liście wysłanym przez Wydział Budowlany (Bauleitung) KL Auschwitz do firmy Topf & Sohne 6 marca 1943 r.[18] znajduje się wzmianka o tym, iż kostnica I powinna być ogrzewana ciepłym powietrzem pochodzącym z  trzech małych pomieszczeń, w których znajdowały się silniki instalacji wentylacyjnych. Wzmianka ta wskazuje, że wymienione pomieszczenie nie miało być używane jako typowa kostnica, w której przecież z założenia panuje chłodna temperatura.[19] Nie tłumaczy także Faurisson faktu umieszczenia w domniemanych kostnicach czy pomieszczeniach, w których dokonywała się karburacja, nie podłączonych do żadnych urządzeń hydraulicznych prysznicy, których pozostałości do dziś znajdują się w ruinach w Brzezince. To, że faktycznie tam się znajdowały, potwierdza spis inwentaryzacyjny krematorium III[20], w którym, jako wyposażenie kostnicy I (Leichenkeller I) widnieją: 1 gazoszczelne drzwi oraz 14 prysznicy – rzeczy do siebie zupełnie nie przystające.[21] Nie wiadomo, dlaczego w kostnicy miałby znajdować się zarówno gazoszczelne drzwi, jak i prysznice.  Pressac dowodzi także, iż pomieszczenia, w których znajdują się owe prysznice, nie mogły być używane jako łaźnie. Porównując ilość prysznicy i powierzchnię pomieszczenia ze faktycznymi łaźniami znajdującymi się na terenie obozu, wylicza, że w pomieszczeniach znajdujących się w krematoriach II i III powinno byłoby znajdować się nie 14 ale 115 prysznicy, żeby mogły one spełniać swoją funkcję.

Jak widać, zachowana dokumentacja obala twierdzenia Faurissona co do przeznaczenia znajdujących się w krematoriach pomieszczeń określanych jako kostnice.

Opis gazowania, jaki znajdujemy we wspomnieniach pierwszego komendanta KL Auschwitz, Rudolfa Hoessa, charakteryzuje się, jak twierdzi Faurisson, całkowitym brakiem logiki i znajomości realiów. Nikt, kto zna właściwości cyklonu B, używanego do gazowania, nie napisałby czegoś takiego. Faurisson pisze, cytując instrukcję obsługi, że kwas cyjanowodorowy, którym nasączone były grudki cyklonu B, jest silnie trujący i bardzo niebezpieczny. Pomieszczenie, w którym został użyty, powinno być wietrzone co najmniej dwadzieścia godzin. Używać go może jedynie osoba, która przeszła przez specjalistyczne szkolenie potwierdzone dyplomem. Mając do czynienia z tak niebezpiecznym środkiem należy być zaopatrzonym w maskę gazową ze specjalnym wkładem filtrującym kwas cyjanowodorowy. Grudki cyklonu B nie mogą być po prostu rozrzucone w pomieszczeniu, które ma być przy jego pomocy dezynsekowane, ponieważ stanowiłoby to zagrożenie w przyszłości. Muszą one być położone w jednym miejscu na chusteczce. Cyjanowodór jest przy tym wszystkim gazem palnym i wybuchowym. Nie można więc używać go w pobliżu ognia, ani nie wolno przy tym palić papierosów.[22] Pomieszczenie, w którym dokonanoby gazowania za pomocą kwasu cyjanowodorowego, musiałoby być następnie dokładnie wywietrzone za pomocą olbrzymiego wentylatora, którego, jak stwierdza Faurisson, brakuje w opisach gazowania. Ponadto, aby uniknąć niebezpieczeństwa, trzeba byłoby opracować procedurę sprawdzającą, czy ów wentylator działa prawidłowo. Kiedy Niemcy za pomocą cyklonu przeprowadzali dezynsekcję ubrań i pomieszczeń mieszkalnych stosowali się do tych zaleceń, jednak opis gazowania, podany przez Rudolfa Hoessa jest zupełnie inny. Hoess pisze, że pół godziny od czasu wypuszczenia gazu, otwierane były drzwi komór i włączany zostawał wentylator. Następnie do akcji wkraczali więźniowie Sonderkommando, którzy wyciągali zwłoki. Faurisson stwierdza, że z opisu wynika, iż nie mieli oni masek gazowych. Poza tym, nie można było wchodzić do pomieszczenia wypełnionego trującym gazem, w momencie, gdy wentylacja dopiero została włączona. Zeznania Hoessa są więc, według niego, zupełnie niewiarygodne.[23] Nie zwraca uwagi Faurisson na fakt, że cytowany przez niego fragment nie jest jedynym, który mówi o gazowaniu ludzi. W innych partiach swoich wspomnień mówi Hoess o używaniu masek gazowych przez osoby znajdujące się w pobliżu komór gazowych: „W czasie jednej z moich podróży służbowych mój zastępca Hauptsturmfuehrer zastosował z własnej inicjatywy gaz do zabijania jeńców radzieckich. Wypełnił jeńcami cele znajdujące się w piwnicy (mowa o gazowaniu, które miało miejsce w podziemiach bloku 11.) i włożywszy maskę gazową wrzucał do cel gaz cyklon B, który powodował natychmiastową śmierć.”[24]

Wzmiankę o jednoczesnym włączaniu wentylacji i otwieraniu drzwi komór gazowych Pressac tłumaczy następująco. Śmierć ludzi zamkniętych w komorach następowała bardzo szybko (według zeznań Hoessa około jednej trzeciej ofiar umierało natychmiast, w przypadku pozostałych skutek działania gazu występował już po 5 do 10 minutach.[25]), jednak drzwi otwierano dopiero po upływie pół godziny. Tak długie oczekiwanie nie jest niczym wytłumaczalne. Faktem było, iż wentylację pomieszczeń rozpoczynano już po kilkunastu minutach od wrzucenia do nich cyklonu B, jednak grube ściany i drzwi skutecznie tłumiły wszystkie dźwięki dochodzące z wewnątrz, świadkowie nie byli więc w stanie tego stwierdzić. Odgłosy pracujących wentylatorów słyszeli oni dopiero po otwarciu drzwi, konstatowali więc, iż włączane one były dopiero w tym momencie.[26]

Faurisson cytując instrukcję używania cyklonu-B nie zwraca też uwagi na to, iż wymienione w niej warunki opisywały użycie środka do dezynsekcji pomieszczeń mieszkalnych. Wywietrzenie mieszkania, w którym znajduje się wiele przedmiotów, wymaga o wiele dłuższego czasu niż wywietrzenie zupełnie pustego pomieszczenia, wspomagane przez wydajny system wentylacyjny, który jest, wbrew twierdzeniom Faurissona, wymieniany w relacjach świadków. Systemy wentylacyjne zaznaczone są również na planach krematoriów oraz wymieniane w listach.

Potrzebna do uśmiercenia człowieka ilość kwasu cyjanowodorowego (stężenie 12 mg/m3) eliminuje także argument o niebezpieczeństwie jego używania w pobliżu pieców krematoryjnych, bowiem dopiero stężenie 75 mg/m3 stwarza ryzyko wybuchu. Argument ten jest także zupełnie nieprzydatny w przypadku komór gazowych w krematoriach II i III w Brzezince, ponieważ znajdowały się one, w odróżnieniu od pieców, pod ziemią, a także w przypadku krematoriów IV i V, w których komory gazowe oddzielone były od pieców innymi pomieszczeniami – komorą powietrzną, rozbieralnią oraz korytarzem.[27]

W 1998 r. Robert Faurisson opublikował artykuł „Sześć pytań do Jana Pawła II w sprawie Edyty Stein”. Jak sam pisze, poczuł się zaskoczony, gdy podczas kanonizacji Edyty Stein 11 października 1998 r., papież publicznie powiedział, iż zginęła ona wraz ze swoją siostrą i innymi Żydami z Holandii w komorze gazowej w Auschwitz. W tym samym przemówieniu papież mówił również o niemieckim planie eksterminacji Żydów. Faurisson stwierdza, iż Jan Paweł II jest pierwszym papieżem, który wypowiada się na temat nazistowskich komór gazowych w sposób, który świadczy, iż jest on przekonany o ich istnieniu. Nawet Pius XII nigdy tego nie stwierdził. To samo dotyczy zdania o planowanej zagładzie Żydów. Według Faurissona, żaden historyk nie twierdzi, iż taki plan faktycznie istniał. Faurisson, jak pisze, przeanalizował dostępne mu źródła na temat Edyty Stein i stwierdza, iż w rzeczywistości nie jest pewnym, gdzie i kiedy zginęła. Jak sam mówi, nie mógł zbadać wszystkich archiwów (np. International Tracing Service), gdyż są one przed nim, jako przed rewizjonistą zamknięte na żądanie państwa Izrael. Także Watykan nie udostępnił dokumentów na temat procesu beatyfikacyjnego i kanonizacyjnego Edyty Stein. Według Faurissona, rozmaite źródła, jakie badał i jakie cytuje, są ze sobą sprzeczne. Na początku podaje notkę z „Kalendarium” Danuty Czech, z której wynika, że Edyta Stein przybyła do Auschwitz nie 9 lecz 8 sierpnia 1942 r. Następnie cytuje dziewięć fragmentów, które podają datę 9 sierpnia. Dla Faurissona jest to dowód, iż data przybycia i „rzekomego” zagazowania Edyty Stein jest niepewna. Wysnuwa on też przypuszczenie, iż jeśli nawet przybyła ona do Oświęcimia w 1942 r. mogła stać się ofiarą panującej wtedy epidemii tyfusu. Możliwym jest jednak także, iż po przybyciu do Auschwitz Edyta Stein i jej siostra zostały wywiezione do innego obozu. Zapytuje Faurisson papieża, czy faktycznie polecił przeprowadzić dochodzenie w celu ustalenia daty i przyczyny śmierci Edyty Stein.[28]


[1] R. Faurisson, „Is <<The Diary of Anne Frank>> Genuine?”, The Journal of Historical Review, volume 3 no. 2 (Summer 1982), www.ihr.org

[2] D. Lipstadt, op. cit., s. 235

[3] R. Faurisson, The Diary of Anne Frank: Is It Genuine?, The Journal of Historical Review,  volume 19 no. 6 (November/December 2000), www.ihr.org

[4] R. Faurisson,  Problem komór gazowych czy pogłoski o Oświęcimiu, Życie Warszawy, nr 4, 5-7.01.1979, przedruk z Le Monde, no 10548, 29.12.1978

[5] R. Faurisson, Ecrits Revisionnistes, rozdz. 7 Gas  Chambers Which Have Never Been Seen, Never Been Shown, www.jeffsarchive.com

[6] R. Faurisson, The Problem of the Gas Chambers, The Journal of Historical Review, volume 1 no. 1 (Spring 1980), www.ihr.org

[7] R. Faurisson, The Detail, The Journal of Historical Review, volume 17 no. 2 (March/April 1998), www.ihr.org

[8] J. C. Pressac, s. 429

[9] R. Faurisson, The Mechanics of Gassing, The Journal of Historical Review, volume 1 no. 1 (Spring 1981), www.ihr.org

[10] R. Faurisson, The Gas Chamber of Auschwitz I, The Journal of Historical Review, volume 18 no. 5/6 (September/December 1999), www.ihr.org

[11] J.C. Pressac, s. 132-133

[12] The Gas Chambers: Truth or Lie? Questions by Antonio Pitamitz To Robert Faurisson, The Journal of Historical Review, volume 2 no 4 (Winter 1981), www.ihr.org

[13] Archiwum PMA-B BW 30/40 s. 100

[14] R. Faurisson, Wrzawa o Oświęcim, tłumaczenie PMA-B z La rumeur d’Auschwitz, Le Monde nr 10563, 16.01.1979

[15] R. Faurisson, Response to a Paper Historian”, The Journal of Historical Review, vol. 7 no. 1 (Spring 1987), www.ihr.org

[16] APMA-B BW 30/28 s. 68

[17] J.C. Pressac, s. 503

[18] APMA-B BW 30/25, s. 7

[19] J.C. Pressac, s. 223

[20] APMA-B BW 30/43 s. 24

[21] J. C. Pressac, op. cit., s. 429

[22] R. Faurisson, The Gas Chambers of Auschwitz Appear to be Physically Inconceivable, The Journal of Historical Review, volume 2 no. 4 (Winter 1981), www.ihr.org

[23] R. Faurisson, The Mechanics of The Gassing, op. cit.

[24] R. Hoess, Autobiografia, Warszawa 1989, s. 188

[25] R. Hoess, op. cit., s.202-203

[26] J.C. Pressac, s. 203

[27] J.C. Pressac, s. 16

[28] R. Faurisson, Six Questions to John Paul II About Edith Stein, www.zundelsite.org

Ernst Zuendel

•Czerwiec 13, 2009 • Dodaj komentarz

Ernst Zuendel, jak pisze w swoim eseju „Who Is Ernst Zuendel And Why Is He In Jail?” Mark Weber, góruje nad całym międzynarodowym ruchem rewizjonistycznym.[1] Zuendel, z pochodzenia Niemiec, od 1958 r. mieszkał w Toronto w Kanadzie. Stworzył tam wydawnictwo „Samizdat Publications”, które zajmowało się publikowaniem i rozprowadzaniem książek dotyczących antysemityzmu i negacji holokaustu, wśród których znajdowały się publikacje takich autorów jak Arthur Butz, Austin App czy Robert Faurisson. Zuendel rozprowadzał także kasety wideo z prezentacjami wymienionych autorów oraz propagandowymi filmami typu „Triumf woli”, który reklamowany był jako „Woodstock w wersji Trzeciej Rzeszy”, nagrania mów Hitlera z symultanicznym tłumaczeniem na angielski oraz taśmy z muzyką z czasów Trzeciej Rzeszy, m. in. „Horst Wessel Lied” czy „Badenweiler March”[2]

Zuendel sam jest autorem dwóch pozycji „The Hitler We Love And Why” oraz „UFO’s: Nazi Secret Weapons?” oraz ulotek i pamfletów gloryfikujących nazizm i zaprzeczających zagładzie Żydów. Swoje materiały rozsyłał Zuendel do członków kanadyjskiego parlamentu a także do amerykańskich stacji radiowych i telewizyjnych, do szkół oraz do zwykłych obywateli.

Jego publikacje docierały również do Niemiec Zachodnich oraz Australii i na Bliski Wschód. Największą sławę Ernst Zuendel zyskał z powodu swoich dwóch procesów w 1985 i 1988 roku. Stanął przed sądem za podsycanie antysemityzmu oraz publikowanie materiałów, o których wiedział, iż są nieprawdziwe, broszury „Did Six Million Really Die?” Richarda Harwooda oraz „The West, War And Islam”, która stwierdzała iż istnieje spisek Żydów, bankierów, komunistów i masonów, który ma kierować światem. Zuendel starał się zrobić wszystko, by zwrócić na siebie jak największą uwagę. W sądzie pojawiał się w kuloodpornej kamizelce i czapce z napisem „wolność wypowiedzi” (free speech). Ten sam napis widniał także na ogromnym krzyżu, który Zuendel przyniósł na własnych barkach na jedną z rozpraw pod budynek sądu. Na ogłoszenie wyroku w swoim pierwszym procesie przyjechał Zuendel z poczernioną twarzą, gdyż, jak twierdził: „nie ma sprawiedliwości dla białych w Kanadzie”.[3] W 1985 r. Zuendel skazany został na piętnaście miesięcy więzienia, odwołał się jednak od wyroku i uzyskał jego zawieszenie z powodu nieprawidłowości procesowych. W 1988 r. po trwającym cztery miesiące procesie został skazany na dziewięć miesięcy więzienia. Jako eksperci w obu procesach powołani zostali historycy zajmujący się zagadnieniem holokaustu: na pierwszym – Raul Hilberg z Uniwersytetu w Vermont, na drugim – Christopher Browning z Pacific Lutheran University. Ponadto w pierwszym procesie powołano także jako ekspertów byłych więźniów obozów koncentracyjnych, m. in. Rudolfa Vrbę.[4] Jako świadkowie obrony pojawili się znani przedstawiciele ruchu rewizjonistycznego, m. in. Robert Faurisson, który służył pomocą Zuendlowi i jego adwokatom zarówno w czasie pierwszego jak i drugiego procesu, David Irving, Mark Weber, Bradley Smith. Adwokatem Zuendla został Douglas Christie, znany kanadyjski obrońca antysemitów, neonazistów i negacjonistów, który sam reprezentował rewizjonistyczne poglądy. Na początku procesu w 1985 r. stwierdził, że nigdy nie wydano rozkazu zgładzenia Żydów europejskich, nie istniało coś takiego jak nazistowskie komory gazowe. Według niego proces Zuendla był procesem w sprawie swobody wypowiedzi, do której prawa pozbawiono jego klienta wyłącznie dlatego, iż głosił niepopularne poglądy.[5] Christie zażądał, by w ławie przysięgłych nie zasiadali Żydzi ani masoni. Pytania dla potencjalnych przysięgłych miałyby, według obrony, brzmieć: „Czy wierzysz, że Żydzi dzisiaj są narodem wybranym przez Boga albo że Bóg darzy ich szczególnymi łaskami?”. Obrona chciała również stwierdzić, czy kandydaci nie są zatrudnieni przez Żyda lub masona oraz czy nie mają żydowskich krewnych lub bliskich przyjaciół. Christie deklarował, iż przedstawione propozycje pytań nie powinny być uważane za przejaw antysemityzmu. Skoro holokaust dotyczył Żydów, osoby tej narodowości nie byłyby, według niego, obiektywnymi sędziami.[6] Zeznającemu w procesie byłemu więźniowi i uciekinierowi z KL Auschwitz, Rudolfowi Vrbie, jednemu z autorów raportu opublikowanego w 1944 r. przez WRB, Christie zarzucił kłamstwo i zażądał przedstawienia dowodu na to, iż faktycznie był on świadkiem masowej zagłady Żydów. Poddał w wątpliwość również jego ucieczkę z obozu twierdząc, iż coś takiego jest zupełnie niemożliwe bez odpowiednich narzędzi i wystarczającej ilości pożywienia.[7]

Podczas procesu zeznawał również, jako świadek obrony, Ditlieb Felderer, szwedzki rewizjonista austriackiego pochodzenia, który dowodził, iż w KL Auschwitz więźniowie ucztowali i balowali, a także mieli do dyspozycji basen olimpijski. Będąc członkiem ruchu Świadków Jehowy badał szczególnie tę grupę więźniów obozów i dowodził, że w rzeczywistości współpracowali oni z administracją SS, a faktyczna liczba ich ofiar wynosi nie 60 tys. ale 203 osoby. Za publikację swoich „badań” został Felderer ekskomunikowany ze swego Kościoła.[8] Felderer twierdził, iż na terenie byłego obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu był około trzydziestu razy i zbadał nielegalnie „sekretne budynki”, które syjoniści ukrywają przed światem, gdyż zaprzeczają one ich kłamstwom. Jednym z takich budynków miała być sauna, w piwnicach której znajdować się miała sala balowa, na której bawić mieli się więźniowie przy wtórze dwóch orkiestr przez nich utworzonych. Według Felderera w Oświęcimiu istniał również teatr, w którym grali więźniowie w stworzonych przez siebie bogatych kostiumach.[9] Ditlieb Felderer był pierwszą osobą w Szwecji, która sądzona była za wzniecanie religijnej i rasowej nienawiści. Był on autorem książki, w której dowodził, iż pamiętnik Anny Frank jest falsyfikatem, stwierdził w niej także, iż jest to przykład „żydowskiej pornografii dziecięcej”. Rozsyłał również listy, do których dodane były włosy oraz kawałki mydła, a w których pisał, iż są to „włosy ofiar gazowania oraz prawdziwy żydowski tłuszcz z Żyda węgierskiego pochodzący z komory gazowej nr 3 w Auschwitz. Został za to skazany na dziesięć miesięcy pozbawienia wolności; skonfiskowano mu także sprzęt drukarski.[10]

Uwagę obserwatorów zwróciły również zeznania Russela Burtona, który dowodził, iż zdjęcia z wyzwolenia obozu w Bergen-Belsen, na których widnieją stosy wychudzonych ciał ludzkich są aliancką propagandą mającą stworzyć fałszywe wyobrażenie o niemieckich obozach koncentracyjnych. Burton twierdził, że znalazł przekonujące dowody na to, że warunki żywieniowe i sanitarne w obozach koncentracyjnych były zadowalające do momentu wkroczenia na teren Niemiec wojsk sprzymierzonych. Wtedy to około sześćdziesiąt tysięcy więźniów przeniesiono do Belsen, gdzie przebywało do tej pory trzy tysiące ludzi. W takich warunkach system obozowy załamał się całkowicie. Komendant obozu w żaden sposób nie był odpowiedzialny za śmierć tysięcy ludzi.[11]

W procesie w roku 1988 jako dowód zaprzeczający holokaustowi przedstawiono raport amerykańskiego samozwańczego inżyniera, specjalisty od urządzeń egzekucyjnych – Freda Leuchtera, który, na podstawie swoich badań w Oświęcimiu-Brzezince oraz na Majdanku, stwierdził, iż gazowanie ludzi podczas drugiej wojny światowej nie miało tam miejsca. Jako świadek obrony zeznawał także David Irving, który od tej pory uznany został za jednego z czołowych przedstawicieli negacjonizmu holokaustu.[12]

Procesy  Ernsta Zuendla wzbudziły wiele kontrowersji. Nie wszyscy komentujący byli przekonani, iż powinny były się odbyć. Dzięki procesom poglądy Zuendla i innych negacjonistów holokaustu, znane dotąd dość marginalnej ilości ludzi, stały się dostępne szerokiej publiczności. Komentowanie w mediach przekonań osób pokroju Roberta Faurissona czy Davida Irvinga mogło stwarzać wrażenie, iż holokaust istotnie jest sprawą do dyskusji, a nie faktem historycznym. Sytuacja taka była zdecydowanie korzystna dla rewizjonistów, którzy szukali dostępu do bardziej masowej publiczności.


[1] M. Weber, Who Is Ernst Zuendel And Why Is He In Jail, www.ihr.org

[2] M. Prutschi, The Zündel Affair, ftp/cgi/people/p/prutschi.manuel/zundelaffair, www.nizkor.org

[3] M. Prutschi, op. cit.

[4] M. Prutschi, op. cit.

[5] K. Makin, Free speech called Zundel’s case, The Globe and Mail, 5.02.1985

[6] K. Makin, Lawyer for Zuendel tries to stop Jews from being jurors, The Globe and Mail, 9.01.1985

[7] K. Makin, Holocaust victim accused of lying by Zundel lawyer, The Globe and Mail, 25.01.1985

[8] Victims of Holocaust terrorism, www.zundelsite.org

[9] W. Darroch, Prisoners at Auschwitz dined, danced to bands Zundel witness testifies, Toronto Star, 13.02.1985

[10] M. Mracevich, The legal war on Holocaust revisionists, The Globe and Mail, 7.03.1985

[11] K. Makin, Propaganda caused false view of Belsen, Zundel trial is told, The Globe and Mail, 8.02.1985

[12] D. Lipstadt, op. cit., s. 155-162

Henri Roques

•Czerwiec 13, 2009 • Dodaj komentarz

W 1985 r. francuski emerytowany inżynier rolnik Henri Roques obronił na wydziale humanistycznym uniwersytetu w Nantes doktorat pt. „Edition critique de l’etude comparative des differentes versions des confessions de Kurt Gerstein” (Wydanie krytyczne porównawczego studium różnych wersji zeznań Kurta Gersteina).

Kurt Gerstein był oficerem SS związanym z opozycyjnym wobec nazistów Kościołem Wyznającym (Bekennende Kirche). W 1942 r. został szefem Departamentu Dezynfekcji Waffen SS, odpowiedzialnym za dostarczanie cyklonu B do obozów koncentracyjnych. W tym samym roku został wysłany na inspekcję do obozów w Polsce i to, co tam zobaczył wstrząsnęło nim. Już w drodze powrotnej w pociągu do Berlina opowiedział o tym, czego był świadkiem, sekretarzowi szwedzkiej delegacji w Berlinie baronowi Goranowi von Otter, prosząc go, by poinformował o tym władze swojego kraju. Próbował także zawiadomić o przeprowadzanej eksterminacji autorytety religijne, zarówno Kościołów protestanckich jak i Kościoła Katolickiego, jednak jego starania nie przyniosły rezultatu. W 1945 r. Kurt Gerstein poddał się wojskom francuskim i został osadzony w więzieniu wojennym w Cherche Midi, gdzie złożył relację na temat zagłady Żydów w obozach koncentracyjnych. Niedługo po aresztowaniu zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach w więzieniu.

W artykule „From the Gerstein Affair to the Roques Affair” pisze Roques, jak podjął decyzję o zajęciu się w sposób naukowy sprawą zeznań Kurta Gersteina. Pomysł ten zrodził się z rozmów z Paulem Rassinierem, z którym Roques się przyjaźnił, a który jako pierwszy podważył autentyczność dokumentu. Po wielu latach od śmierci Rassiniera Roques na własną rękę zaczął badać zeznania, konsultował się również w tej sprawie z Robertem Faurissonem. Podczas procesu tego ostatniego, w roku 1981, Roques, na jego prośbę, przygotował memorandum na temat przekłamań, jakich jego zdaniem dokonał w pracy nad zeznaniami Gersteina historyk Leon Poliakow. Memorandum nie zostało jednak przyjęte, a Faurisson został uznany winnym. Roques rozpoczął wtedy pracę nad zaprezentowaniem swojej tezy w formie pracy naukowej. W 1982 r. zapisał się w tym celu na Uniwersytet Paryski – Sorbona IV. Kiedy jednak po dwóch latach Roques zakończył pracę nad doktoratem, okazało się, iż ma trudności ze znalezieniem opiekuna naukowego na swej uczelni.[1] Odpowiednią osobę znalazł na uniwersytecie w Nantes – był to Jean-Claude Riviere, specjalista od literatury średniowiecza prowansalskiego, który zgodził się objąć opiekę naukową nad doktorantem, którego nie znał. W szybkim czasie skompletowano także komisję, w skład której weszli Jean-Paul Allard, specjalista od języka i literatury niemieckiej na uniwersytecie w Lyonie, Pierre Zind z instytutu studiów politycznych z tego samego uniwersytetu oraz Thierry Burron, asystent wydziału historycznego na uniwersytecie w Nantes. Wszyscy członkowie komisji mieli ultraprawicowe, a wręcz neonazistowskie przekonania. W czerwcu 1985 r. odbyła się publiczna obrona pracy Roquesa, ale cała sprawa wyszła na jaw dopiero w nowym roku akademickim. Po zbadaniu przez rektora uniwersytetu, na zlecenie ministra edukacji Alaina Devaqueta, okoliczności przyznania Roquesowi tytułu naukowego, stwierdzono w tej sprawie wiele uchybień, m. in. nieprawidłowe formalnie wpisanie Roquesa na listę studentów, niezachowanie wymaganego czasu między wpisem, a obroną tezy, przeprowadzenie kolokwium egzaminacyjnego w warunkach na poły konspiracyjnych oraz sfałszowanie w protokole przebiegu obrony podpisu nieobecnego członka komisji. W tej sytuacji minister zdecydował anulować w lipcu 1986 r. cały przewód doktorski Roquesa i tym samym odebrać mu tytuł doktora historii. Opiekuna naukowego Roquesa, profesora Riviere zawieszono w czynnościach naukowych.[2]

W doktoracie swoim, za który otrzymał ocenę bardzo dobrą dowodzi Roques, iż zeznania Gersteina, oficera SS, potwierdzające masową zagładę Żydów w niemieckich obozach na terenie Polski są w rzeczywistości bezwartościowym falsyfikatem. Jak sam pisze, oparł się w na źródłach znajdujących się w dwóch miejscach: w Archiwum kościoła ewangelickiego w Bielefeldzie, w Westfalii, które posiada dużą ilość materiałów dotyczących Gersteina przekazanych przez wdowę po nim i w którym znalazł szóstą, nieznaną dotychczas wersję zeznań oraz w Dyrekcji Sądu Wojskowego w Paryżu, gdzie znajdują się akta Gersteina. Jak twierdzi akta te w tajemniczy sposób zaginęły w 1945 r. by niespodzianie odnaleźć się w roku 1971. Henri Roques stwierdza, iż porównanie różnych wersji zeznań Gersteina wykazuje bezsprzecznie ich nieprawdziwość. Pisze także, iż znalazł w nich co najmniej dwadzieścia dziewięć szczegółów, które dowodzą zupełnej nieznajomości realiów oraz braku logiki autora zeznań. Dodaje przy tym, iż lista ta jest niekompletna.[3] Negując prawdziwość zeznań Gersteina stwierdził Roques, że komory gazowe w obozach niemieckich są jedynie propagandowym wymysłem. Jego zdaniem podczas drugiej wojny światowej zginęło jedynie około miliona Żydów. Pozostali zostali wywiezieni przez Armię Czerwoną w głąb Związku Radzieckiego, gdzie żyją dotychczas.[4]

Dochodząc do swych wniosków, nie brał Roques pod uwagę źródeł dodatkowych potwierdzających wersję zdarzeń podaną przez Gersteina. Jak sam stwierdził, wiarygodność innych zeznań nie była przedmiotem jego badań.[5] Nie były mu potrzebne do udowodnienia jego wniosków, które, jak się zdaje, wyciągnął, zanim jeszcze zaczął pisać swoją pracę.

Doktorat miał mu posłużyć, jak się wydaje, przedstawieniu ich szerszej publiczności i wprowadzeniu rewizjonizmu holokaustu na teren uniwersytetu, co miało uwiarygodniać poglądy jego przedstawicieli.


[1] H. Roques, From Gerstein Affair to Roques Affair, The Journal of Historical Review, vol. 8 no 1 (Summer 1988), www.ihr.org

[2] T. Łuczak, Kac moralny, Polityka nr 29 (1524), 19.07.1986

[3] H. Roques, From the Gerstein Affair, op. cit.

[4] Ponura farsa w Nantes, Forum nr 28, 10.07.1986

[5] Ponura farsa w Nantes, op. cit.

David Irving

•Czerwiec 13, 2009 • 4 komentarzy

Do grona rewizjonistów należy także Brytyjczyk – David Irving, autor około trzydziestu sześciu książek na temat drugiej wojny światowej, m. in. „Wojna Hitlera”, „Wojna Churchilla”, „Goebbels”.

Początkowo David Irving nie negował faktu zagłady Żydów europejskich. Twierdził, że, jakkolwiek miała ona miejsce, sam Hitler nic o tym nie wiedział. Jak pisze w „Wojnie Hitlera”: „…podczas wojny dyktatury są do gruntu słabe – sam dyktator, choć niewątpliwie czujny, nie może nadzorować wszystkich poczynań swoich ludzi, działających w granicach rozległego imperium, w tym zaś szczególnym przypadku, wnioskowałem, ciężar winy za krwawą i bezmyślną masakrę Żydów spada na dużą liczbę Niemców (i nie tylko Niemców), spośród których wielu żyje do dziś. Nie można jej tedy przypisać wyłącznie jednemu «obłąkanemu dyktatorowi», którego rozkazy należało wykonywać bez zadawania zbędnych pytań.”[1] Irving wyznaczył nawet nagrodę za dostarczenie dowodu na to, że Adolf Hitler wiedział o zagładzie Żydów. Dotychczas nie została ona odebrana.

Stosunek Hitlera do Żydów, na podstawie jego własnych słów, określa Irving jako wrogi. Uważał Hitler, że Żydzi, jedyny naród pozbawiony duszy, wywierają na Niemcy bardzo szkodliwy wpływ, spod którego należy się uwolnić, na przykład osadzając ich na jakimś specjalnie dla nich przeznaczonym obszarze w Afryce czy na Madagaskarze. Jednak nie podburzał narodu do antyżydowskich wystąpień. Wina za Noc Kryształową spada, według Irvinga, na jego podwładnych, w tym w dużej mierze na Goebbelsa. Sam Hitler starał się zapobiec zajściom, o których powiadomiony został już w trakcie ich trwania, rozkazał nawet, by zaprzestać przemocy. Pogromy żydowskie już po rozpoczęciu wojny inicjowane były przez Himmlera i Heydricha. Heydrich nigdy nie uzyskał, jak uważa Irving, przyzwolenia Hitlera na likwidację Żydów. Aprobatę fuehrera zyskała jedynie ich deportacja. Początkowo miejscem docelowym miał być wspomniany wyżej Madagaskar, kiedy jednak te plany okazały się być nierealnymi, Hitler doszedł do wniosku, że idealnie nadawać się do tego będą nowo zyskane tereny na Wschodzie. Jak pisze Irving, nie natrafiono do tej pory na żaden raport Himlera czy Heydricha do Hitlera w sprawie mordów na Żydach. Nie ma też żadnego dowodu na to, iż Hitler odwiedzał obozy koncentracyjne.

Cytuje jednak Irving Himmlera, który pisze, że „zajęte przez nas terytoria wschodnie są oczyszczane z Żydów (judenfrei). Fuehrer złożył na moje barki obowiązek wykonania tego doniosłego rozkazu”; a także odezwę Reichenaua, w której znajdują się następujące słowa: „… niemiecki żołnierz powinien zrozumieć, czemu powinnością naszą jest dokonanie brutalnej, lecz sprawiedliwej zemsty na żydowskich podludziach. Przyczyni się ona ponadto od uśmierzenia w zarodku ruchów powstańczych na zapleczu frontu, ponieważ, jak dowodzi tego praktyka, ich prowodyrami są zawsze Żydzi…”[2] Irving stwierdza, iż Hitler uznał odezwę, która wzywa do rozprawienia się z Żydami za doskonałą. Co do słów Himmlera, nie tłumaczy, co oznaczało dla Hitlera słowo „judenfrei” i w jaki sposób połączyć akcję osiedlania Żydów na terytoriach wschodnich z oczyszczaniem z nich tychże terytoriów.

Bez komentarza właściwie pozostawia także Irving cytowane przez siebie fragmenty przemówienia Hitlera, wygłoszonego w Berghofie, 26 maja 1944 r., do niemieckich generałów: „… Żydzi przyjęli program wytępienia (Ausrottung) Niemców. 1 września 1939 roku powiedziałem w Reichstagu, iż jeśli ktoś sądzi, że może wytępić niemiecki naród metodami wojennymi, grubo się myli; jeśli jednak Żydzi zechcą tego spróbować, narodem, który zostanie wytępiony będą oni sami.”[3]

David Irving po wielokroć próbował dowieść, że Hitler (podobnie jak inni przywódcy nazistowscy), używając słów „eksterminacja” (Vernichtung) czy „wytępienie” (Ausrottung), nie ma na myśli fizycznej likwidacji Żydów, a jedynie wypędzenie ich z ziemi niemieckiej. W rozmowie z dr. Michaelem Shermerem tłumaczy, iż słowo „ausrotten” znaczyć może w języku niemieckim tyle co „wykorzeniać” (ang. root out), „opanowywać” (ang. stamp out). Jako przykład podaje rozmowę Hitlera z ministrem do spraw terenów wschodnich – Alfredem Rosenbergiem, słowo „ausrotten” tłumaczy przez „wykorzeniać” i konkluduje, iż Rosenbergowi chodziło o wywiezienie Żydów poza granice Rzeszy. Shermer wyjaśnił, iż konsultował znaczenie „ausrotten” ze niemieckim profesorem Juergenem Pelzerem, który stwierdził, że słowo to, użyte w stosunku do istot żyjących, znaczy „zabijać”. Irving tłumaczył, że słowa zmieniają z czasem znaczenie, i fakt, iż w roku 1994 (kiedy miała miejsce rozmowa Shermera z Irvingiem) „ausrotten” ma znaczenie „zabijać”, nie wpływa na to, iż w latach czterdziestych XX w. jego znaczenie było inne. Na stwierdzenie, iż w ówczesnych słownikach „ausrotten” również tłumaczone jest jako „zabijać”, Irving odpowiada, że fakt ten jest właściwie bez znaczenia, ponieważ ważne tak naprawdę jest tylko to, co miał na myśli człowiek tego słowa używający. Hitler zaś nie używał go nigdy w znaczeniu „zabijać”. Jednak dowody, jakie na to przedstawia, nie są przekonujące.

Można znaleźć wiele przykładów zarówno z przemówień samego Hitlera, jak również innych czołowych nazistów, w których nie da się przetłumaczyć użytych tam słów „vernichten” czy „ausrotten) inaczej jak tylko przez „zabijać”. Hans Frank powiedział na sesji swojego gabinetu w Krakowie 13 grudnia 1941 r. „…Panowie, muszę was prosić, żebyście pozbyli się wszelkiej litości. Musimy zniszczyć Żydów.” 16 grudnia tego samego roku Frank stwierdził: „Aktualnie w Generalnym Gubernatorstwie znajduje się około dwa i pół miliona Żydów, a razem z tymi, którzy są ich krewnymi i znajomymi i w jakichkolwiek stosunkach, mamy teraz trzy i pół miliona Żydów. Nie możemy zastrzelić tych trzech i pół miliona Żydów, ani nie możemy ich otruć, ale musimy powziąć środki, które w jakiś sposób doprowadzą do celu, jakim jest zniszczenie (…). Terytorium Generalnego Gubernatorstwa musi być wolne od Żydów, jak to ma miejsce w przypadku Rzeszy.”

Irving nie tłumaczy, dlaczego Niemcy mieliby czuć jakąkolwiek litość dla Żydów wywożonych do nowych miejsc osiedlenia, ani dlaczego, jeśli „Ausrottung” znaczy wywiezienie, Frank jako inne środki pozbycia się Żydów wymienia rozstrzelanie czy otrucie.[4]

Tezy Irvinga wywołały krytykę nie tylko uznanych historyków zajmujących się drugą wojną światową, m. in. Alana Bullocka, Martina Broszata, Eberharda Jaeckela, którzy wykazywali jego liczne błędy i przekłamania, ale również negacjonistów. Robert Faurisson wyraził swoje zdumienie faktem, iż tak poważny historyk jak David Irving wysnuł tak nielogiczny, jego zdaniem, wniosek, że miliony Żydów zostało zamordowanych bez wiedzy Hitlera. Stwierdził on, że Irving nie znalazł żadnego dokumentu potwierdzającego wydanie przez fuehrera rozkazu eksterminacji Żydów, ponieważ ani takiego dokumentu ani samej eksterminacji po prostu nie było Irving zaś powinien dokładniej przebadać politykę nazistów wobec Żydów. W swoim artykule z 2000 r. pt. „David Irving at the Moment” Faurisson stwierdził ponadto, że Irving jest dość chwiejnym rewizjonistą. Jego zdaniem, pomimo iż swego czasu opowiadał się za poglądami negacjonistycznymi, z chwilą gdy zauważył, że ma to zgubne skutki dla jego kariery, począł się z tych pozycji wycofywać.[5] Także środowiska neonazistowskie, z tych samych powodów, dość ambiwalentnie podeszły do twierdzeń Irvinga.

David Irving zmienił swoje zdanie na temat holokaustu w 1988 r. po zapoznaniu się z tzw. „Raportem Leuchtera”, który miał, w założeniu, dowieść naukowo, iż gazowanie Żydów w obozach koncentracyjnych na terenie Polski nigdy nie miało miejsca. Stwierdził, iż raport ten przekonał go całkowicie, iż masowa eksterminacja w komorach gazowych jest mitem. „Raport Leuchtera” w Wielkiej Brytanii ukazał się nakładem własnego wydawnictwa Davida Irvinga, Focal Point Publications. Irving napisał też przedmowę do „Raportu…” W artykule „Battleship Auschwitz” pisze Irving, iż, jako że studiował chemię i fizykę na uniwersytecie w Londynie, może potwierdzić prawdziwość wyników Leuchtera.[6] W kolejnym wydaniu „Wojny Hitlera” pominięto wszystkie wzmianki na temat obozów zagłady. W wywiadzie, jaki przeprowadził z nim Mario Scialoia dla włoskiej gazety „L’Espresso” stwierdza Irving: „W ciągu trzydziestu lat pracy w archiwach nie znalazłem ani jednego dokumentu, który by mówił o komorach gazowych. Holokaust jest słowem wymyślonym przez propagandę żydowską w 1970 r. Nie widziałem też żadnego dokumentu, z którego wynikałoby, że Hitler wiedział o zagładzie Żydów…”[7]

Nie negował jednak Irving tego, iż miały miejsce masowe mordy na Żydach przeprowadzane przez Einsatzgruppen na okupowanych terenach Związku Radzieckiego, choć zgodnie z wcześniej przyjętą tezą, twierdził, iż odpowiedzialność za nie ponoszą jedynie Himmler i Heydrich. Hitler nic o tym nie wiedział.

W połowie lat dziewięćdziesiątych profesor Uniwersytetu Waterloo w Kanadzie Jeffrey Shallit umieścił w internecie swój artykuł na temat rewizjonistów holokaustu „Lies of Our Times” w którym scharakteryzował pokrótce sylwetkę Davida Irvinga oraz przedstawił błędy i nieścisłości jego prac. Irving odpowiedział na ten artykuł własnym, w którym polemizował z zarzutami Shallita.

Na zarzut Shallita, że twierdzi on (Irving), iż komory gazowe w Oświęcimiu zostały zbudowane po drugiej wojnie światowej przez polskich komunistów, odpowiada, iż faktycznie, utrzymuje, że komora pokazywana w Oświęcimiu to atrapa, ale prawdziwość jego słów potwierdził w 1990 r. dr Franciszek Piper, ówczesny dyrektor Państwowego Muzeum i Archiwum w Oświęcimiu-Brzezince. „W 1995 r. obecne władze Muzeum potwierdziły to w wywiadzie udzielonym E. Conanowi, dziennikarzowi z dobrze znanego francuskiego tygodnika liberalnego “L’Express”, oświadczając, iż ta rzekoma komora gazowa powstała w 1948 r. na polecenie władz komunistycznych. “Tout y est faux” – stwierdził B. Conan, zaś przedstawiciel dyrekcji Muzeum potwierdził: “Pour l’instant on la laisse en l’état et on ne précise rien au visiteur. C’est trop compliqué. On verra plus tard”[8] (“L’Express”, 26.I.1995)”[9] Także w wywiadzie udzielonym Ronowi Caseyowi w lipcu 1995 r. Irving powtórzył, iż oficjalne władze Muzeum w Oświęcimiu potwierdziły prawdziwość jego tezy o powojennym powstaniu krematorium znajdującego się na terenie byłego obozu.[10] W The Journal of Historical Review cytuje Irving profesora uniwersytetu w Freiburgu Berndta Martina, który powiedział, iż usłyszał od dr. Pipera, którego również nazywa dyrektorem muzeum i archiwów, i z którym, jak twierdzi, był zaprzyjaźniony, iż krematorium w Auschwitz I zbudowane zostało na potrzeby turystów.[11] Na internetowej stronie poświęconej zagadnieniom dotyczącym holokaustu można znaleźć list dr. Franciszka Pipera, w którym odpowiada on na pomówienia ze strony rewizjonistów (oprócz Irvinga także David Cole podniósł podobny argument), jakoby kiedykolwiek twierdził, iż pokazywany turystom budynek, który podczas istnienia obozu używany był jako komora gazowa, jest atrapą zbudowaną po wojnie. Dodać należy tu również, iż dr Piper nigdy nie był dyrektorem Państwowego Muzeum i Archiwum w Oświęcimiu, co także podkreśla w wymienionym wyżej liście.[12] Odpowiadając prof. Shallitowi, pisze Irving również, że liczba ofiar KL Auschwitz została drastycznie obniżona z czterech do jednego miliona, a ostatnio jeszcze bardziej[13]. Twierdzenie to w sposób oczywisty mija się z prawdą.

Wypowiedzi Davida Irvinga na temat ogólnej liczby ofiar holokaustu są bardzo różne. Niekiedy stwierdza, iż liczba ta może wynosić ok. 4 milionów, w innych wypadkach bardziej skłania się ku liczbie 1 miliona zamordowanych.

Na swojej stronie internetowej www.fpp.co.uk publikuje Irving wiele artykułów i dokumentów dotyczących historii drugiej wojny światowej i zagadnienia holokaustu. W dużej mierze są one tendencyjne, o czym przekonać się można na przykładzie artykułu Erika Kyllinga „What do the diaries of Dr Joseph Goebbels tell us about “the Holocaust”, w którym autor cytuje kilka fragmentów z pamiętników Goebbelsa i interpretuje je, twierdząc, iż w żaden sposób nie można ich uznać za dowód na przeprowadzanie planu masowej eksterminacji Żydów.

Dnia 12 grudnia1941r. Goebbels zapisał: „Odnośnie kwestii żydowskiej Fuehrer jest zdecydowany oczyścić teren. Przepowiedział Żydom, że jeśli jeszcze raz przyczynią się do wojny, doczekają się przy tym swojej zagłady. Nie były to tylko puste słowa. Wojna światowa już jest, zagłada żydostwa musi być konieczną konsekwencją. (…) Skoro naród niemiecki znów stracił w marszu na Wschód 160000 ludzi, ci, którzy ten konflikt wywołali, będą musieli zapłacić za to życiem.” Kylling wyjaśnia, iż słowo „Vernichtung” (zagłada) oznacza odsunięcie od władzy, a nie zabijanie. David Irving badał język narodowych socjalistów i wg niego Ausrottung (wytępienie) i Vernichtung nie oznacza fizycznej eliminacji. Ci, którzy wywołali wojnę, muszą zapłacić życiem. Za sprawców wojny nie uważa się całego narodu żydowskiego, ale tylko żydowskich działaczy bolszewickich, syjonistycznych oraz finansjerę żydowską, która wpływała na politykę państw alianckich. A poza tym, dodaje autor, jest to osobiste zdanie Goebbelsa. W innym fragmencie z dnia 27 marca 1942 r. czytamy: „Poczynając od Lublina, Żydzi z Generalnej Guberni są teraz spychani na Wschód. Stosuje się tu dość barbarzyński proceder (barbarzyńskie metody), który trudno opisać bliżej. Z Żydów niewiele zostanie. Z grubsza można stwierdzić, że 60% z tego musi zostać zlikwidowane, a tylko 40% może zostać skierowane do pracy. Były Gauleiter Wiednia (Odilo Globocnik, teraz naczelnik SS i Policji Dystryktu Lublin), który przeprowadza tę akcję, robi to przezornie i postępuje w sposób, który nie rzuca się zbytnio w oczy.” Według Kylliga Goebbels mówi o likwidacji getta w Lublinie, które miało miejsce w drugiej połowie marca 1942 r., a nie o całej Generalnej Guberni. Żydzi często stawiali opór przy likwidacji, dlatego np. getto lubelskie zostało krwawo zlikwidowane. Akcja „Reinhard”, jak pisze Kyllig, oznaczała tylko deportację. Tłumacząc fragment, w którym pojawiają się stwierdzenie o konieczności „zlikwidowania” Żydów, autor stwierdza, iż Goebbels nie pisze, ilu Żydów w końcu zostało zlikwidowanych, a poza tym, jego zdaniem, może być to uznane tylko za przesadne i nietrafne sformułowanie ministra propagandy. Podsumowując swój artykuł Kyllig stwierdza, że w wieloletnich codziennych zapiskach Goebbelsa nie znajduje się nic, poza tymi fragmentami, co mogłoby posłużyć za dowód domniemanego holokaustu.[14]

Umieszczając na swojej stronie ten, jak i wiele podobnych artykułów, nie dodaje Irving żadnego komentarza, który wskazywałby na jakikolwiek krytyczny stosunek do przedstawianych tu treści.

W 2000 r. David Irving wytoczył proces o zniesławienie Deborze Lipstadt, która w cytowanej tu często książce „Denying the Holocaust: The Growing Assault on Truth and Memory” nazwała go kłamcą, a także jej wydawcy, firmie Penguin Books. Podczas trwającego osiem tygodni procesu Irving nie był w stanie odeprzeć zarzutów, jakie postawił mu w  swojej ekspertyzie profesor historii z Cambridge, Richard Evans. Sąd uznał, że Debora Lipstadt miała prawo nazwać Irvinga kłamcą oraz potępił jego manipulacje źródłami historycznymi, zaprzeczanie istnieniu komór gazowych w Oświęcimiu, bronienie Hitlera oraz głoszenie antysemityzmu.[15] Nie  był to pierwszy proces Davida Irvinga, w którym został on uznany winnym głoszenia „kłamstwa oświęcimskiego”. W 1992 r. został on skazany przez sąd w Monachium na karę grzywny w wysokości dziesięciu tysięcy marek za to, iż dwa lata wcześniej na imprezie w monachijskim ośrodku szkoleniowym dla młodzieży stwierdził, iż „w Oświęcimiu nigdy nie było komór gazowych”, a przyjeżdżającym tam turystom pokazuje się wybudowane przez aliantów atrapy, z powodu których państwo niemieckie „musiało zapłacić szesnaście miliardów marek kary”.[16] Irvinga obowiązuje również zakaz wjazdu do Niemiec, a także do Kanady, Australii, Włoch i Austrii.


[1] D. Irving, Wojna Hitlera, Warszawa 1996, s. 27

[2] D. Irving, op. cit., s. 380

[3] D. Irving, op. cit., s. 567

[4] M. Shermer, Proving the Holocaust: The Refutation of Revisionism & the Restoration of History, Shofar FTP Archive File: orgs/american/skeptic.magazine/skeptic.9.

[5] R. Faurisson, David Irving at the Moment, www.zundelsite.org

[6] D. Irving, Battleship Auschwitz, The Journal of Historical Review, Vol. 10, No. 4, www.ihr.org

[7] M. Scialoia, „Historyk”, Forum 23.08.1992, cyt. za L’Espresso 26.07.1992

[8] „Wszystko tam jest fałszywe.” „W tej chwili zostawiamy to tak jak jest i nie wyjaśniamy niczego zwiedzającym. To zbyt skomplikowane. Zobaczymy później.”

[9] David Irving’s Reply to Jeffrey Shallit’s „Lies of Our Times” www.codoh.com

[10] www.nizkor.org

[11] D. Irving, Battleship Auschwitz, op. cit.

[12] Shofar FTP Archive File: people/p/piper.franciszek/press/daily.texan.1093

[13] David Irving’s Reply…, op. cit.

[14] E. Kylling, What do the diaries of Dr Joseph Goebbels tell us about “the Holocaust, www.fpp.co.uk.

[15] A. Kaczyński, Przegrał i zapłaci. Obrońca Hitlera, Rzeczpospolita 5.03.2002

[16] W. Nechamkis, Grzywna dla „autorytetu”, Gazeta Wyborcza, nr 107, 7.05.1992

Arthur Butz

•Czerwiec 13, 2009 • Dodaj komentarz

W 1976 r. Arthur Butz, profesor inżynierii elektrycznej na Northwestern University w Evanston w stanie Illinois, opublikował pracę pt. „The Hoax of the Twentieth Century”. Różni się ona znacznie od omówionych tu poprzednio pozycji. Przede wszystkim autor stara się nadać jej jak najbardziej naukowy charakter, umieszcza więc znaczną ilość przypisów oraz obszerną bibliografię.

Butz stwierdza, że legendę holokaustu podtrzymują trzy rzeczy. Po pierwsze fakt, że oddziały alianckie w wyzwolonych przez siebie obozach na terenie Niemiec znalazły stosy zwłok więźniów; po drugie – nie ma już dużych społeczności żydowskich w Polsce; po trzecie – większość historyków podtrzymuje tę legendę. Jednak, według Butza, łatwo ominąć te przeszkody na drodze do prawdy. Jak tłumaczy, duża śmiertelność w obozach (szczególnie w Bergen-Belsen) spowodowana  była szalejącą wówczas epidemią tyfusu, z którą władze obozowe nie mogły sobie poradzić. Całe Niemcy pogrążone były wtedy w chaosie, spowodowanym przez alianckie bombardowania i nacierające ze wszystkich stron wrogie armie. Nic dziwnego, że skutkiem była także utrata kontroli nad tym, co działo się w obozach koncentracyjnych. Fakt, że duża przedwojenna społeczność żydowska w Polsce przestała istnieć, też jest dość łatwo wytłumaczalny. Przede wszystkim, zmieniły się granice państwowe, przez co część Żydów w sposób naturalny stała się obywatelami innych krajów. Władze Związku Radzieckiego, zająwszy wschodnią część Polski, przesiedliły prawie wszystkich Żydów ją zamieszkujących w głąb swojego terytorium. Po wojnie zaś, syjoniści zachęcali Żydów do wyjazdu do Palestyny, Stanów Zjednoczonych oraz innych krajów.  Jeśli zaś chodzi o to, że nawet zawodowi historycy uznają zagładę Żydów za fakt, nie jest to dużą przeszkodą, ponieważ takie precedensy miały już miejsce w historii. Butz kwestionuje prawdziwość dowodów zagłady przedstawionych na powojennych procesach byłych nazistów, zarówno zeznań samych oskarżonych, jak i relacji ich ofiar. Dochodzi do wniosku, iż bez tych procesów nie byłoby żadnego dowodu. Stwierdza, że przeprowadzano je, by wyimaginowaną winę Niemców niejako uprawomocnić. Poza tym, przeprowadzano je w Niemczech, państwie zniszczonym przez działania wojenne, w którym ludzie byli zdani na łaskę i niełaskę zwycięzców. Nic więc dziwnego, że robili to, czego państwa okupacyjne od nich żądały i zeznawali nawet na swoją niekorzyść.

W swojej książce Butz największą wagę przykłada do obalenia „mitu KL Auschwitz jako obozu zagłady”. Ma swoją teorię, zarówno jeśli chodzi o przyczyny powstania obozu, jak i jego rolę i warunki w nim panujące. Według niego Auschwitz było częścią wielkiego przedsięwzięcia przemysłowego Niemców. Kiedy zagarnęli oni dużą część Polski, w ich rękach znalazł się także przemysłowy region Górnego Śląska, który naturalnie mieli zamiar wykorzystać. Szukając odpowiedniego miejsca natrafili na niewielkie miasteczko Oświęcim (w niemieckim brzmieniu – Auschwitz), które było idealnie położone. Znajdowało się niedaleko regionu Katowic i dużych złóż węgla, poza tym w jego obrębie łączyły się trzy rzeki, czwarta zaś była niedaleko. W 1941 r. zadecydowano więc, że w tym miejscu powstanie zakład zajmujący się uwodornianiem oraz fabryka Buna. Przypadkowo, w tym samym miejscu znajdował się już obóz dla schwytanych partyzantów oraz jeńców wojennych, w którym znajdowało się około siedmiu tysięcy więźniów. Ten obóz stał się pierwszym ogniwem całego systemu obozów wokół fabryki w Auschwitz. W 1941 r. rozpoczęto budowę następnych: w Birkenau (Brzezince) i w Monowitz (Monowicach). Przy budowie kompleksu przemysłowego w Auschwitz zatrudnieni byli nie tylko więźniowie obozu. Według Butza stanowili oni tylko mniej niż 30% pracowników. Ponad połowa rekrutowała się spośród wolnych ludzi, którzy na ochotnika zgłaszali się do pracy, około 20% zaś stanowili zwykli niemieccy pracownicy. Więźniowie obozu pracowali zwykle przez sześć dni w tygodniu, po jedenaście godzin dziennie. Niekiedy też wykonywali niezbędne prace w niedziele. Mieli zapewnione także rozrywki takie jak koncerty, kabarety, przedstawienia, filmy oraz sport. Istniał w obozie także dom publiczny dla więźniów.

Butz nie myli się pisząc, iż Auschwitz był częścią wielkiego kompleksu przemysłowego. Prawdą jest, że więźniowie stanowili część siły roboczej przy powstającej w pobliżu fabryce kauczuku niemieckiej firmy IG Farben. Jednak nie zmienia to faktu, iż był także miejscem, gdzie systematycznie realizowano plan „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej, na co istnieją liczne dowody.

Pisze Butz, iż położenie obozu, tak dobre z technicznego punktu widzenia, miało także swoje mankamenty. Oświęcim leży na terenach podmokłych, stąd klimat okolicy sprzyja rozprzestrzenianiu się chorób takich jak tyfus i malaria. W obozie Auschwitz zdarzały się epidemie tyfusu, kiedy to umierały tysiące ludzi. Niemcy pozbywali się zwłok kremując je, ale wkrótce okazało się, że jedno krematorium w obozie macierzystym nie jest wystarczające. Ofiary epidemii spalano więc w dołach, albo czasowo chowano.

Jako zdjęcie zwłok ofiar epidemii spalanych w dołach interpretuje Butz fotografię wykonaną w 1944 r., która przedstawia ciała zagazowanych Żydów węgierskich. Stwierdza przy tym, iż nie ma możliwości by sprawdzić, kto, kiedy i gdzie ją wykonał. Nie jest to prawdą. Fotografia (oraz dwie inne) została wykonana w lecie 1944 r. przez więźniów Sonderkommando: Alexa (nazwisko nieznane) z Grecji, Szlamę i Abrama Dragonów oraz Altera Fajnzylberga z Polski  w rejonie krematorium V w Birkenau. Zdjęcia te przekazane zostały z obozu 7 września 1944 r. przez więźniów Józefa Cyrankiewicza i Stanisława Kłodzińskiego do Krakowa wraz z grypsem, w którym zaleca się przekazanie ich aliantom.[1]

Butz podaje, iż pierwsze doniesienia o eksterminacji pojawiają się w czerwcu 1942 r. za sprawą sekcji londyńskiej World Jewish Congress. Donosi ona, że milion Żydów zostało zamordowanych w Europie Wschodniej. Legenda o zagładzie bierze więc początek od syjonistów. Jedynym potwierdzeniem tego jest stwierdzenie, iż rząd polski w Londynie otrzymał sprawdzone informacje z kraju. W informacjach tych, pojawiających się w ciągu 1942 i 1943 r., nie pada ani razu nazwa „Auschwitz” w kontekście zagłady. Doniesienia o eksterminacji dotyczą wyłącznie Treblinki, Bełżca czy Chełmna. Pierwsza zaś wzmianka o obozie oświęcimskim jako miejscu zagłady Żydów pojawia się w raporcie War Refugee Board w 1944 r.

Tu także autor „The Hoax of the Twentieth Century” mija się z prawdą. Jak już wspomniano wcześniej obozowy ruch oporu przekazywał organizacjom podziemnym działającym w okolicach Oświęcimia informacje o tym, co dzieje się na terenie KL Auschwitz. Informacje przekazywano dalej na Zachód, przede wszystkim do Rządu RP na Uchodźstwie. 3 maja 1941 r. Rząd Polski wydał notę do aliantów i państw neutralnych, w której informował o aresztowaniach, egzekucjach i deportacjach do KL Auschwitz oraz innych obozów. Wyciąg z tej noty wraz załącznikami opublikowany został w Londynie w 1941 r. pt. „The German Occupation in Poland. Extract of Note Addressed to the Governments of the Allied and Neutral Powers on May 3, 1941.” Aneks 168a „Oświęcim Concentration Camp” ukazał się 15 listopada 1941 r. w biuletynie Polish Fortnightly Review wydawanym przez Ministerstwo Informacji Rządu RP w języku angielskim. W styczniu 1942 r. Rząd RP wydał w Londynie tzw. „czarną książeczkę” – „The German New Order in Poland”. Zamieszczono tam również informacje na temat KL Auschwitz. [2] Informacje o KL Auschwitz ukazywały się również w środkach masowego przekazu na Zachodzie. Podawała je rozgłośnia BBC. Przekazywała je również międzynarodowa prasa. Między innymi, londyński Times 1 czerwca 1943 r. opublikował artykuł „Nazi Brutality to Jews”, w którym wymieniona została nazwa Oświęcim w pobliżu Krakowa. W latach 1942-1944 także w prasie szwajcarskiej ukazywały się informacje o obozie, przede wszystkim o zagładzie Żydów.[3] To tylko niektóre z przykładów zaprzeczających tezie Butza. Podaje on, jak zostało wspomniane wyżej, iż legenda o Auschwitz jako miejscu eksterminacji Żydów bierze swój początek z raportu World Refugee Board, na który składają się dwie relacje: pierwsza, złożona przez dwóch słowackich Żydów, którzy uciekli z obozu wiosną 1944 r., druga jest to “raport polskiego majora”. Dodatkowo znajduje się tam jeszcze relacja kolejnych dwóch słowackich Żydów, którzy uciekli z Oświęcimia w maju 1944 r. Początkowo nie była znana tożsamość uciekinierów. Według Butza był to jeden z dowodów przemawiających za uznaniem relacji za fałszerstwo. Poza tym, uważa on, że dane na temat obozu, jakie można znaleźć w raporcie, nie mogły być dostarczone przez więźniów obozu. Według niego, przypominają one raczej informacje wywiadu wojskowego pomieszane z fikcją.

Butz zajmuje się także w swojej pracy “techniczną stroną” eksterminacji. Po pierwsze rozwiązuje on kwestię użycia w tym celu Cyklonu B. Stwierdza on, że w żadnym wypadku nie był on używany do mordowania ludzi, choć nie przeczy, że jest to środek wysoce trujący i niebezpieczny dla człowieka. Jako że zagrożenie tyfusem w okolicach Auschwitz było bardzo duże, środek dezynsekcyjny taki jak Cyklon używany był tu w znacznych ilościach zarówno do dezynsekcji pomieszczeń, jak i ubrań nowoprzybyłych.

Faktem jest, iż do Auschwitz dostarczano bardzo duże ilości Cyklonu-B. Argument Butza o tym, iż te ilości używane były, by zwalczać epidemie tyfusu, które dziesiątkowały ludzi w obozie, jest słuszny – w dużej mierze tak rzeczywiście było. Argument tradycyjnych historyków, którzy uważali, że olbrzymie dostawy Cyklonu do Auschwitz są dowodem na przeprowadzaną tu masową eksterminację, jest chybiony. Jak pisze Jean-Claude Pressac, to nie słowo „dezynsekcja” było kamuflażem dla eksterminacji, lecz „przesiedlenie Żydów” było kamuflażem dla dezynsekcji. Władze obozu starały się ukryć przed zwierzchnikami panujące w nim katastrofalne warunki, które doprowadziły do wybuchu i szybkiego rozprzestrzeniania się epidemii tyfusu. Zgłaszały więc zapotrzebowanie na większe dostawy fumigantu twierdząc, iż jest im niezbędny do eksterminacji. Biorąc pod uwagę właściwości kwasu cyjanowodorowego, którego znacznie mniejsza ilość wystarcza, by uśmiercić człowieka niż bezkręgowca, jedynie 2 do 3% środka przeznaczane było na potrzeby komór gazowych, w których uśmiercano ludzi, 97-98% na walkę z wszami, które przyczyniały się do rozprzestrzeniania się tyfusu.[4]

Butz nie przeczy, że ludzie przywożeni do Oświęcimia poddawani byli wstępnym selekcjom, jednak zdecydowanie stwierdza, iż nie był to podział na zdatnych do pracy i tych, którzy kierowani byli od razu do komór gazowych. Oczywiście, jak pisze, selekcje musiały mieć miejsce, bowiem w centrum przemysłowym, jakim był Auschwitz, trzeba było przydzielić wszystkich do odpowiednich zadań. Podczas selekcji zatem dzielono ludzi pod względem ogólnej przydatności do pracy, a także ze względu na ich konkretne zawody. Ludzie niezdolni do pracy, nieletni i starzy lub chorzy byli umieszczani w obozie w Brzezince. Przywożono tam również ludzi umierających, a także – ponieważ znajdowały się tam krematoria – zwłoki osób zmarłych. Z tego powodu Brzezinka zyskała niechlubne miano “obozu śmierci”. W Brzezince też znajdowały się obozy przejściowe dla Żydów wywożonych dalej na Wschód (m.in. z Terezina) oraz dla Cyganów.

Dużą wagę przywiązuje Butz do kwestii komór gazowych. Oczywiście przeczy, że istniały one jako urządzenia do eksterminacji. W dokumentach niemieckich pojawiają się wyrażenia “Gaskammer” oraz “Vergasungskeller”, ale, według Butza, nie zostały one właściwie zrozumiane. Pomieszczenia określane tymi wyrażeniami znajdowały się w budynkach krematoriów. W krematoriach, takich jak te w Birkenau, stosowano piece, których paliwo stanowiła mieszanka paliwa i powietrza, która mogła być określana jako “gaz”. Piece te nazywano “piecami gazowymi”. Gaskammer to miejsce, w którym znajdowały się takie właśnie urządzenia. Butz podaje dwa sposoby rozumienia słowa “Vergasung”. Pierwszy, i jedyny poprawny z technicznego punktu widzenia, to “gazyfikacja” czyli przechodzenie w stan gazowy, a nie wprowadzanie gdzieś gazu. Drugi, używany jedynie w czasie pierwszej wojny światowej to “atakowanie kogoś za pomocą gazu”. To drugie użycie Butz uważa jednak za niejasne. A więc, według niego, nawet językowe względy przemawiają za jego teorią. Jednak zachowana niemiecka dokumentacja dotycząca budowy i funkcjonowania krematoriów obala tezy Butza. Piece używane w niemieckich obozach koncentracyjnych, produkowane przez firmę Topf & Sohne z Erfurtu, były bowiem opalane koksem.[5]

Ostatnim problemem należącym do “legendy Auschwitz” jaki porusza Butz jest sprawa zagazowania ok. 400 tys. Żydów węgierskich w okresie między majem a lipcem 1944 r. To także uważa za kłamstwo ponieważ, jak twierdzi, taka operacja nie byłaby możliwa do wykonania bez zaalarmowania opinii światowej. Wiedziałaby o tym również delegacja Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, która znajdowała się wówczas w Budapeszcie. Oczywiście, były deportacje żydowskiej ludności z Węgier w roku 1944, jednak miały one na celu zapewnienie obozom (nie tylko Auschwitz) dużej ilości siły roboczej, a nie eksterminację, jak twierdzą historycy. Za tym, iż eksterminacja Żydów węgierskich jest kłamstwem, przemawia, według Butza, także fakt, iż alianci, doskonale zorientowani w sprawach obozu oświęcimskiego, nie zbombardowali w tym czasie urządzeń, które miały służyć masowej zagładzie. Także w tej kwestii Butz popełnia wiele znaczących pomyłek. Opinia światowa zdawała sobie sprawę z tego, co dzieje się na Węgrzech po zajęciu kraju przez wojska hitlerowskie 19 marca 1944 r.[6] Nie można też powiedzieć, że nie próbowano na różne sposoby uratować Żydów węgierskich. Jeszcze zanim rozpoczęło się osadzanie ludności żydowskiej w punktach zbiorczych, Gerhart Riegner z World Jewish Congress w Genewie przesłał wiadomość do rabina Stevena Wise’a, w której donosił, iż posiada wiarygodne informacje na temat planowanej eksterminacji Żydów węgierskich. Na bieżąco informowano o postępujących wywózkach do Oświęcimia. World Refugee Board rozpoczęła kampanię propagandową, w celu skłonienia rządu węgierskiego do wstrzymania deportacji. Office of War Information i BBC nadawały radiowe apele na Węgry i do innych części Europy. Opublikowano je jako płatne ogłoszenia w prasie i radiu krajów neutralnych, a także rozrzucano nad Węgrami z samolotów w formie ulotek. WRB wywierała także nacisk na państwa neutralne, Watykan i MCK, by skierowały dodatkowy personel na Węgry; liczono, że obecność dużej liczby zagranicznych obserwatorów powstrzyma w jakimś stopniu działania Niemców. Opublikowano także wymieniony wyżej raport uciekinierów z Oświęcimia. Wzywano także kraje neutralne oraz Watykan, by wymogły na rządzie węgierskim powstrzymanie deportacji. Przewodniczący MCK Max Huber wystosował do regenta Miklosa Horthy’ego odręczne pismo zawierające nowe doniesienia na temat Oświęcimia, w którym domagał się informacji o losie Żydów. Deklarował, że wyśle na Węgry delegacje, które towarzyszyłyby przesiedlanym Żydom, aż do miejsca przeznaczenia i kontrolowałyby sytuację. Pismo to wywarło na Horthym duże wrażenie i, między innymi, doprowadziło do próby przeciwstawienia się nazistom. Stało się to w czasie, kiedy większość Żydów została już przetransportowana do Auschwitz, jednak pozostali jeszcze ci, którzy przebywali w Budapeszcie. MCK, przedstawiciele Watykanu i krajów neutralnych prowadzili starania o utrzymanie ich przy życiu.[7]

Sprawa, czy w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu dokonywano masowej eksterminacji Żydów, zajmuje największą część “The Hoax of the Twentieth Century”. Innym obozom, konferencji w Wannsee czy akcjom Einsatzgruppen poświęca Butz znikomą ilość miejsca. Chce natomiast wytłumaczyć, co stało się z Żydami europejskimi, szczególnie z Żydami polskimi, którzy po wojnie nie wrócili do miejsc swego zamieszkania. Duża część z nich pozostała w Związku Radzieckim, gdzie znalazła się w wyniku działań wojennych i tam wtopiła się w miejscowe społeczności. Część wyjechała do Palestyny, do czego zachęcały organizacje syjonistyczne. Także w Stanach Zjednoczonych znalazła się pewna ilość emigrantów pochodzenia żydowskiego. W dość specyficzny sposób tłumaczy Butz fakt, że po wojnie ludzie uważani za pomordowanych nie próbowali kontaktować się ze swymi rodzinami. Istnieje, według niego, kilka możliwości, dlaczego tak się stało. Po pierwsze, władze Związku Radzieckiego mogły zabronić Żydom, którzy znaleźli się na jego terenie w wyniku działań wojennych, utrzymywania kontaktów z bliskimi, choć sam Butz przyznaje, że jest to mało prawdopodobne. Bardziej prawdopodobne, jak twierdzi, jest to, że podczas wojny, siłą rzeczy, wiele rodzin zostało rozdzielonych. Jako że przed wojną wiele małżeństw zawierano z powodów ekonomicznych lub socjalnych, w warunkach wojennych, kiedy te powody przestały istnieć, duża liczba ludzi zapewne skorzystała z okazji, by zerwać niechciane więzy i zacząć życie na nowo. Rodziny współmałżonków także traciły kontakty między sobą i w ten sposób rosła liczba „zaginionych”.


[1] H. Świebocki, op. cit., s. 132-133

[2] H. Świebocki, op. cit., s. 149-150

[3] H. Świebocki, op. cit., s.153-154

[4] J.C. Pressac, s. 188

[5] J.C. Pressac, s. 505

[6] Do 1944 r. ludność żydowska na Węgrzech, mimo antysemickich zarządzeń, żyła względnie bezpiecznie. Niedługo po wkroczeniu wojsk niemieckich, 15 marca, rozpoczęły się pierwsze deportacje do Auschwitz.

[7] D. S. Wyman, op. cit., s.308-332

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.