Nawróceni
Piotr Maciejewski
Gazeta Wyborcza 2009-09-20
Po tym, co Ingo zrobił, opuścili go wszyscy przyjaciele, a wśród nich:
Freddy – na ciele 200 tatuaży, z czego 150 swastyk w różnych wersjach. Już jako 14-latek uważany był przez Stasi za potencjalnego burzyciela porządku społecznego;
Mike, ksywa “Göring” – gruby jak Göring, w ruchu aktywny od 17. roku życia, wcześniej skinhead. Szczególnie agresywny w stosunku do gejów;
“Śmierdziel” – miłośnik przesłuchań o skłonnościach sadystycznych: łapał lewaków, wiązał do krzesła, krzyczał i bił. Sporządzał dla siebie protokół z przesłuchania i puszczał wolno;
Friedhelm “Grabarz” – z grobów esesmanów wyciągał ordery, buty i części ubrania. Twierdził, że słyszy ich głosy. Nosił mundur i broń. Mył się raz w miesiącu, bo na wojnie też nie można było częściej;
nazi-rockowiec Priem – jego najmłodsza córeczka witała każdego gościa w domu okrzykiem “Heil dir!”. Z dziećmi regularnie jeździł do obozów koncentracyjnych i uczył je tam historii.
I przesłali mu paczkę z bombą w środku. Odebrała ją mama Inga.
Wejście
Ingo (dziś 42 lata): Jako dziecko pod koniec lat 70. mieszkałem z matką i ojczymem we wschodnim Berlinie. Rodzice byli dziennikarzami i należeli do Niemieckiej Socjalistycznej Partii Jedności. Oboje zapracowani, nie mieli dla mnie czasu. Mój biologiczny ojciec – dziennikarz, członek NSPJ – też się mną nie interesował. Byłem sfrustrowany brakiem miłości. Biegałem z kolegami po podwórku. Podpatrywałem hipisów, paliłem z nimi pierwsze papierosy, próbowałem pierwszego piwa. Piłem coraz więcej. Z kumplem Freddym kradłem codziennie do 15 butelek wódki. Dołączyliśmy do punków, bo hipisi byli za grzeczni. Słuchaliśmy Sex Pistols i Plasmatics. Naszyłem sobie na kurtce prowokujące hasła: “Zepsuj to, co cię psuje”, “Jesteś wolny, gdy nikt nie patrzy”. Na murach obok znaków anarchistów malowałem swastyki. Nie wiedziałem, co oznaczają, ale były najbardziej zakazane. Nienawidziłem swojego kraju, chciałem uciekać na Zachód.
W 1987 roku, mając 20 lat, ożeniłem się.
Któregoś dnia pijany w parku wykrzyczałem “Precz z murem!”. Wylądowałem na rok w więzieniu. Dzieliłem celę z mordercą – poćwiartował żonę, a zwłoki trzymał dwa tygodnie w walizce. Potem spotkałem Henry’ego Schmidta, byłego szefa gestapo w Dreźnie. To przede wszystkim on ukształtował wtedy moje poglądy. Opowiadał, że Holocaust to kłamstwo, a Żydzi w Auschwitz mieli przyjemne życie. Tłumaczył, skąd bierze się bezrobocie – Niemcom kradną pracę obcokrajowcy. Wskazał mi wroga: NRD – państwo rządzone przez komunistów. Znalazłem w nim autorytet. Chłonąłem ideologię, która tak prosto wyjaśniała świat. Zyskiwałem nową tożsamość. Teraz myślę, że wtedy dałbym się przekonać do czegokolwiek: mógłbym wstąpić do RAF-u (Frakcja Czerwonej Armii – lewicowa organizacja terrorystyczna) albo nawet do scjentologów. W więzieniu przeszedłem szkołę brutalności – biłem bez skrupułów i nikomu nie ufałem.
Moje małżeństwo rozpadło się po zaledwie półtora roku.
Po upadku muru poznałem Michaela Kühnena, przywódcę neonazistów z Zachodu. To on, przyznając się do homoseksualizmu, doprowadził do rozłamu w obozie, a w 1991 roku umarł na AIDS. Do końca nie chciałem uwierzyć, że jest gejem. Oczarował mnie ogładą, wiedzą i elokwencją. Stał się nowym autorytetem. W 1990 roku założyłem z nim pierwszą nacjonalistyczną partię zjednoczonych Niemiec – Narodową Alternatywę – i zostałem jej przewodniczącym.
Matthias (33 lata): Na moje dzieciństwo w Mannheim w rfn największy wpływ mieli dziadkowie. Uwielbiałem ich opowieści wojenne. Na spotkaniach rodzinnych mężczyźni zbierali się przy kolejnej rundzie skata i wspominali stare dobre czasy. Wehrmacht to był okres ich pięknej młodości, do którego wracali z rozrzewnieniem. Roiło się w nim od wspaniałych przygód i brawurowych czynów. Tych wszystkich dziadków i wujków uważałem za bohaterów. Też chciałem zostać żołnierzem, który ponosi bohaterską śmierć. Tak jak ich kuzyni zginąć w walce o Niemcy. Interesowały mnie militaria. Podziwiałem kolekcję broni ojca, miłośnika polowań. Bawiłem się plastikowymi żołnierzami, sklejałem modele pojazdów z drugiej wojny światowej. Słuchałem klasyki i muzyki ludowej, przez co nie dogadywałem się z rówieśnikami rockowcami. Kiedy w szóstej klasie szkoły podstawowej dowiedziałem się o masowych mordach reżimu hitlerowskiego, byłem zdezorientowany. Dlaczego krewni malowali tamte czasy tylko w kolorowych barwach? Gdy pytałem o Holocaust, słyszałem od dziadka: to wprawdzie nie było słuszne, ale Żydzi popełnili i tak wystarczająco dużo przestępstw. Poza tym antysemityzm i obozy koncentracyjne to nie był nowy wynalazek. I nie powinienem wierzyć we wszystko, co mówią w szkole. Więc czytałem nacjonalistyczne gazety. Szybko zbudowałem sobie światopogląd: za wszystkim, co złe, stoi SYSTEM, który zainstalowali po wojnie alianci. Chcieli wyplenić z mojego narodu tradycyjne cechy – czystość, sumienność i punktualność – by przekształcić go w zgraję bezmyślnych konsumentów. Systemem kierują Żydzi. To oni tworzą media, które notorycznie kłamią. Odetchnąłem z ulgą. Wreszcie poznałem prawdę. Dziadek miał rację, nie szkoła. W szkole rozprowadzałem ulotki z napisami “Breslau, Königsberg, Stettin – niemieckie miasta, tak jak Berlin” i “Polska – precz ze wschodnich Niemiec”. Gdy kanclerz Helmut Kohl wyrzekł się terenów wschodnich, uznałem to za zdradę narodową.
Rodziców uważałem za hipokrytów. Z jednej strony mówili, że trzeba znać też inne źródła niż gazety masowe i słuchać opinii niewygodnych dla rządzących. Ale z drugiej strony, broń Boże, nie chcieli mieć łatki nazistów.
Gabriel (32 lata): Wychowywała mnie matka hipiska – ona zbuntowała się przeciwko poglądom rodziców i surowym regułom panującym w domu. Jej ojciec, a mój dziadek do dziś jest nazistą. Ja zaś często gawędziłem z nim o wojnie. W wieku dziesięciu lat znałem najważniejsze przyśpiewki wojenne. Ale najbardziej zapadły mi w pamięć opowieści o Hitlerjugend. To mnie pociągało – przynależeć do kolektywu, na którym można polegać, razem działać. W szkole popadłem w konflikt z nauczycielką od historii. Każdą krytykę nazizmu odbierałem osobiście, jako atak na rodzinę. Pojawiała się wtedy myśl: muszę bronić dziadka. Raz przyszedł na lekcję Żyd, były więzień obozu koncentracyjnego. Prowokowałem go, mówiłem, że to matematycznie niemożliwe, by zagazowano 6 mln osób. Chciał ze mną rozmawiać, ale nauczycielka wyrzuciła mnie z sali. Mama dowiedziała się o tym i zabroniła mi spotkań z dziadkiem. Ale i tak do niego jeździłem.
W wieku 13 lat stawiałem już pierwsze kroki jako kibic chuligan Herthy Berlin. Pragnąłem wyróżniać się i prowokować. Z zachwytem przeżywałem atmosferę na stadionie. Tam zetknąłem się z neonazistami. 300 osób wrzeszczało “Sieg heil!”, wznosząc prawą rękę. To robiło wrażenie.
Poznałem trochę ludzi, zacząłem bywać na libacjach, gdzie przy litrach alkoholu rozprawiano o Wehrmachcie i SS. Czułem się bezpiecznie, wreszcie gdzieś przynależałem. Miałem swoją Hitlerjugend.
Z powodu historii wyleciałem ze szkoły i nie podszedłem do matury. Zacząłem pracę jako metalowiec. Słuchałem nazistowskiego rocka, nawiązałem kontakty ze skinheadami. Wierzyłem we wszystkie teorie spiskowe o Żydach. Ciągle prowokowałem. Kupiłem sobie kurtkę z naszywką “Niemcy dla Niemców”. Wchodzę do U-Bahnu i widzę te spojrzenia – bojaźliwe, potępiające. One były moim zwycięstwem.
Walka
Ingo: Na biuro partii wynająłem dom przy Weitlingstrasse 122. Zasłynął później jako główna siedziba neonazistów w Berlinie. Koledzy zachwycali się mną: wysoki blondyn, prawdziwy Aryjczyk. Dziennikarze z całego świata płacili do tysiąca marek za wywiad. Partię sponsorowali też naukowcy, prawnicy i lekarze z zachodnich Niemiec. Coraz więcej zagubionej młodzieży odwiedzało Weitlingstrasse. Michael Kühnen zachęcał nas do działania: bezcześcić żydowskie cmentarze, niszczyć socjalistyczne pomniki, atakować cudzoziemców. Napadałem z kolegami na Cyganów z pobliskiego dworca Lichtenberg. Biliśmy ich bezkarnie, policja nie interweniowała – 1990 był rokiem chaosu. Najeżdżaliśmy kluby lewicowej młodzieży – leciały kamienie i koktajle Mołotowa. W znanym z artystycznych happeningów centrum Tacheles kobieta straciła wzrok. Regularnie ścieraliśmy się na ulicach z punkami i anarchistami. W ramach odpoczynku od ideologii i polityki jeździłem z chuliganami na mecze. Okradaliśmy tureckie sklepy i tłukliśmy się z policją. W lesie na obrzeżach Berlina organizowałem ćwiczenia wojenne – biegaliśmy po nocy z karabinami maszynowymi zakupionymi od rosyjskich żołnierzy. W treningach uczestniczyli członkowie niemieckiego oddziału Ku-Klux-Klanu. W latach 1985-1992 sąd skazał mnie siedem razy za publiczne znieważenie, rozprzestrzenianie treści faszystowskich, podburzanie przeciwko państwu i rozboje. Z tego trzy razy na więzienie.
// Po śmierci Kühnena nowym “wodzem” neonazistów mianował się Austriak Gottfried Küssel. Zaprosił mnie na szkolenie do Wiednia. Ogłosił, że rozdzielił już teki ministrów na wypadek, gdyby w najbliższym czasie neonaziści przejęli władzę w Niemczech. Przewidział dla mnie urząd ministra finansów. Uważałem, że Küssel zwariował.
Męczyła mnie nieefektywna działalność partyjna. W 1992 roku wystąpiłem z Narodowej Alternatywy i zszedłem do podziemia. Planowałem walczyć skuteczniej – za pomocą terroru na wzór RAF-u, który od dawna mnie fascynował. Tymczasem zadzwonił do mnie niemiecki reżyser zamieszkały w Paryżu, Winfried Bonengel. Kręcił film o neonazistach, zaproponował spotkanie.
Matthias: Nawiązałem kontakt z bardem neonazistów Frankiem Rennicke. Przesłał mi nacjonalistyczne płyty, czasopisma, broszury i ulotki. Pomyślałem: to jest elita, do której chcę należeć. W 1997 roku wstąpiłem do NPD (Narodowa Partia Niemiec). Na pierwszej demonstracji w Lipsku mój wyidealizowany obraz ruchu narodowego został poddany próbie. Jednym z organizatorów był łysy olbrzym wytatuowany od stóp do głów. W trakcie podróży autobusem jego koledzy skinheadzi gadali o seksie, muzyce i alkoholu. A więc to oni mieli budować “Nowe Niemcy”? – pytałem siebie. Na szczęście spotkałem też ludzi zafascynowanych narodem, rasą i mitologią germańską. Opowiedzieli mi o światowym spisku Żydów i sprecyzowali: niestety, w drugiej wojnie światowej zagazowano tylko 100 tys. Żydów, a nie 6 mln, jak twierdzą niektórzy. Manifestacja okazała się wielkim sukcesem. W radiu mówili: największe zgromadzenie neonazistów od zakończenia wojny.
Co roku 17 sierpnia organizowaliśmy marsze ku czci Rudolfa Hessa, zastępcy Hitlera, którego ponoć zamordowano w więzieniu. Dla skrajnej prawicy on do dziś jest męczennikiem. Podczas jednego z marszów dostaliśmy się do aresztu. Cały czas krzyczeliśmy narodowe przyśpiewki. Policjant nie wytrzymał nerwowo: “Wolę już zwykłych bandziorów od was, pieprzonych fanatyków!”. Mieliśmy niezły ubaw.
Odbywałem szkolenia wojskowe. Jechaliśmy pod namiot, ćwiczyliśmy, wieczorem paliliśmy ognisko i dyskutowaliśmy. Mnie nie interesowały burdy uliczne. Chciałem przejąć władzę, by stosować przemoc państwową przy pomocy gestapo. Tylko taka przemoc miała sens. Wybrano mnie do zarządu młodzieżówki NPD w Hessen. Odpowiadałem za to, by na demonstracjach nie krzyczano zabronionych haseł. Ze względu na swój skrajny antysemityzm miałem opinię kontrowersyjnego nawet w tym środowisku. Nienawidziłem wszystkiego, co żydowskie. Bałem się, że syjonistyczny spisek zniszczy germańską rasę.
Równie groźnym wrogiem była dla nas Ameryka. Planowaliśmy stworzyć dla niej kulturową przeciwwagę w postaci Europy narodów – pod przewodnictwem Niemiec. Miałyby w niej udział też kraje słowiańskie. Polska zwróciłaby nam tereny wschodnie, a sama przesunęłaby granicę na wschodzie do stanu sprzed II wojny światowej. Uważaliśmy, że Hitler, zamiast uciskać kraje Europy Wschodniej, powinien był wejść z nimi w sojusz przeciwko Sowietom. Dla realizacji naszych celów konieczne było wystąpienie Niemiec z NATO i Unii Europejskiej.
Na jednym z wyjazdów poznałem przyszłą dziewczynę, Gundę. Połączyła nas mieszanka miłości i fanatyzmu. Ona była aktywistką, co kłóciło się z moim wyobrażeniem kobiety zajmującej się domem. Razem obsmarowaliśmy synagogę w Worms, wyzywając Żydów od wrogów narodu. Jednak to Gunda pierwsza zakwestionowała naszą działalność.
Gabriel: Gdy miałem 20 lat, nudziły mnie już rozróby futbolowe. Chciałem angażować się politycznie, walczyć o sprawy, w które wierzyłem. NPD odrzucałem jako zbyt demokratyczną. Założyłem organizację Berlińska Alternatywa Południe-Wschód, którą dwa lata później zdelegalizowano. Poświęciłem się pracy z młodzieżą w trudnej dzielnicy Treptow-Köpenick. Graliśmy w piłkę, chodziliśmy na basen, pomagaliśmy w lekcjach. Przy okazji poruszaliśmy nacjonalistyczne tematy i zachęcaliśmy do udziału w demonstracjach. Co piątek przychodziło do nas 30-40 nastolatków. Większość wyglądała zupełnie normalnie, żadni tam naziści. Zadawali pytania, zwierzali się z wątpliwości. W ten sposób ich urabialiśmy. To przerażające, jak wielki sukces odnieśliśmy.
Jedną z większych manifestacji zorganizowaliśmy pod hasłem “O Narodowe Centrum Młodzieży”. Zjawiło się ponad 300 osób. Niektórzy tylko, żeby się tłuc. Dostawałem telefony: “Moglibyśmy przyjechać. Ale będzie trzaskanie?”. Odpowiadałem: “Może być, bo antifa (organizacje antyfaszystowskie) mobilizuje szeregi”. “No to jedziemy”. Bez adrenaliny to nie byłoby dla nich atrakcyjne. Oficjalnie odżegnywaliśmy się od przemocy, ale w praktyce na nią przyzwalaliśmy. Sam chętnie się lałem i uważałem to za słuszne. Dostawali głównie lewicowi aktywiści i obcokrajowcy. Nigdy nie widziałem w nich ofiar. To siebie postrzegałem jako ofiarę – systemu. Ten system trzeba było zniszczyć – to jasne. A co na jego miejsce? – to pytanie drażniło mnie. Właściwie nie wiedziałem, o co walczę. Jak miał w praktyce wyglądać narodowy socjalizm dziś? Nikt nie znał odpowiedzi.
Poruszaliśmy się wśród sprzeczności. Propagowaliśmy hasło “cudzoziemcy, won!”, a znajomy poturbował Chińczyka za to, że nie chciał mu dać piwa na kredyt. Słowian uważałem za niższe nacje. Ale trochę złagodziłem tę opinię, gdy nawiązaliśmy kontakty z polskimi neonazistami. Łączyli nas wspólni wrogowie – żydowski i amerykański imperializm, kapitalizm, globalizacja, multikulturowe społeczeństwa. Słuchałem polskiego nazi-metalu, np. Konkwisty 88. Starałem się żyć tak bardzo “po niemiecku”, jak to możliwe. Nie jadłem kebabów, nie kupowałem u imigrantów. Odgrodziłem się od ludzi o innych poglądach. Szaleństwo! Ale nie myślałem za dużo i jakoś to się kręciło
Wyjście
Ingo: Kumple przestrzegali mnie: ten pedał na pewno robi dla antify. Ale zaryzykowałem i zgodziłem się na rozmowę z reżyserem – jedną, drugą, trzecią, czwartą Winfriedowi nie chodziło o szybkie, sensacyjne story. Interesował się mną jako człowiekiem, nie tylko nazistą. Zaprosił do Paryża, przedstawił znajomym. Byli mili i chcieli ze mną rozmawiać. Akceptowali mnie, wzbudzali zaufanie. Nowi ludzie, nowe myśli, nowe perspektywy. Winfried dziwił się: mówicie, że nie było Holocaustu, a gracie w grę planszową, w której zwycięża ten, kto wsadził najwięcej Żydów do komory gazowej. Twierdzicie, że homoseksualista nie może być narodowcem, a twój idol Michael Kühnen nim był. Plątałem się w odpowiedziach, dostrzegałem niespójność swoich poglądów. Ale pozowałem na twardego naziola. Takiego nie powinna ruszyć wiadomość z Mölln: neonaziści obrzucili koktajlami Mołotowa turecki dom. Dwie dziewczynki i babcia zginęły w płomieniach. A jednak mnie ruszyło. Czułem się winny, przecież sam nawoływałem do przemocy. Czy ja też chciałem zabijać dzieci?
Kilka miesięcy później patrzę na ekran. Tytuł filmu: “Jesteśmy z powrotem”. Przystojny blondyn mówi, że wszyscy Żydzi, z którymi się zetknął, byli chciwi i zakłamani. Deklaruje: jestem gotów zostać prawicowym terrorystą. Przeraziłem się – na ekranie zobaczyłem siebie. A to przecież nie byłem ja. Paryskie spotkania zmieniły mnie, dały jakby powiew świeżego powietrza. Potrafiłem już wyjrzeć poza krąg dotychczasowych znajomych, wyobrazić sobie życie w społeczeństwie. Przerażało mnie jedno – samotność. Stanowiliśmy kolektyw, a ja nagle stałbym się jednostką. Nie wiedziałem, czy znajdę sobie innych przyjaciół.
W 1993 roku miałem ostatni proces sądowy – o pobicie. Obiecałem sobie: jak pójdziesz do pierdla, nic się nie zmieni, ale jeśli cię uniewinnią, masz szansę z tym skończyć. Uniewinnili.
Zrobiłem to tak, by nie było powrotu – SAT 1 wyemitował program, w którym publicznie zerwałem z neonazizmem. Niedługo potem moja matka odebrała paczkę z bombą w środku. To przypadek, że nie wybuchła – w drodze wyładowała się bateria. Potem rozbroili ją saperzy. Złożyłem zeznania na policji – obciążyłem byłych kolegów i samego siebie. Zacząłem nowe życie, ze względów bezpieczeństwa wyemigrowałem do Szwecji.
W 2001 roku współzakładałem EXIT, organizację pomagającą osobom, które chcą skończyć z neonazizmem. Podobna inicjatywa działa w Szwecji. Jakie są problemy tych ludzi? Boją się zemsty, mają braki w edukacji, nie mają żadnych znajomych poza środowiskiem. Pomagamy im zmienić miejsce zamieszkania. Doradzamy, jak się dokształcić i znaleźć pracę na rynku (np. jeśli ktoś projektował strony internetowe dla organizacji ekstremistycznych, może robić to samo dla zwykłych firm). Zapewniamy wsparcie psychologa. Kładziemy nacisk na świadomy rozrachunek z ideologią neonazistowską, a to długi proces. W Niemczech nawróciliśmy ponad 300 osób.
Matthias: Oświadczyłem się Gundzie. Paradoksalnie od tego czasu nasze relacje pogorszyły się. Kłóciliśmy się o politykę. Ona miała dość słuchania o żydowskich spiskach, złych aliantach, czystych Aryjczykach i “Wielkich Niemczech”. Chciała wreszcie przestać nienawidzić, dusiła ją sekciarska atmosfera w ruchu. Wcześniej była ignorantką, teraz czytała z wielu źródeł. Stawiała mi coraz trudniejsze pytania: czym właściwie jest ten znienawidzony przez ciebie system? Jakie masz dowody na to, że kierujący nim Żydzi chcą zniszczyć twój naród? Ilu Żydów znasz osobiście? W końcu zawołałem “Sieg heil!” i trzasnąłem drzwiami.
Ale popadłem w depresję. Rozmowy z Gundą zachwiały moim światopoglądem. Byłem twardogłowym radykałem gotowym ginąć za słuszną sprawę. Ale czy rzeczywiście walczyłem o słuszną sprawę? – dręczyło mnie. Wątpliwości potęgowało zachowanie działaczy NPD – afery korupcyjne, libacje alkoholowe, wizyty w burdelach, chamstwo skinheadów. Spacerowałem po lesie i zastanawiałem się nad sobą.
Minęły tygodnie. Zadzwoniłem do Gundy. Znowu się zeszliśmy. To ona pomogła mi zdjąć klapki z oczu. Po raz pierwszy sięgnąłem do innych źródeł niż skrajnie prawicowe bez przekonania, że za wszystkim stoi żydowski spisek. Wystąpiłem z NPD, zgoliłem wąsik Hitlera.
Mnie i Gundę czekał proces o zbezczeszczenie cmentarza żydowskiego. Przyznaliśmy się do wszystkich czynów karalnych, które popełniliśmy. Tym samym świadomie wyszliśmy ze środowiska. Ale męczyło mnie wiele pytań. Dyskutowałem z ludźmi na forach internetowych. Trudno było mi pogodzić się z utratą Śląska. Uprzedzeń do Żydów wyzbywałem się stopniowo. Uświadomiłem sobie, jak bardzo oni sami różnią się między sobą. Naziści upraszczają świat: chciwy Żyd, pilny Niemiec, głupi Murzyn. To fałszywe metki. Wstąpiliśmy do EXIT – tu podczas dyskusji z kryminologiem Berndem Wagnerem dalej “leczyliśmy” swój światopogląd.
Wplątałem w nazizm wiele osób, które ciągle są aktywne w ruchu. Tego żałuję najbardziej. Dziś próbuję to nadrobić: jako współpracownik EXIT jeżdżę z wykładami o neonazizmie po szkołach i rozmawiam z młodymi ludźmi. Nastolatki są najbardziej podatne na fascynację nazizmem. W wielu regionach wschodnich Niemiec nie mają światopoglądowej alternatywy. Trzeba ich chronić i uświadamiać.
Gabriel: Był rok 2005, zbliżał się koncert antyfaszystowski. Moi koledzy chcieli zdemolować scenę, na której miał się odbyć. Wokół sceny kilka dni wcześniej koczowali już ludzie. Jeden znajomy zaatakował ich w nocy koktajlem Mołotowa. Wybuchł pożar, ale nikt nie odniósł poważnych ran. Zaczęły się procesy. Zjeżdżaliśmy na nie w 50 osób, żeby zastraszyć antifę. Wtedy po raz pierwszy poczułem się winny. Gdyby rzuty były celniejsze, ktoś by zginął.
Mniej więcej w tym czasie wiozłem rzeczy kumplowi do więzienia. Jechałem samochodem z jego matką. Rozpłakała się: “Pan zniszczył mojemu synowi życie!”. Rzeczywiście to ja wciągnąłem go do ruchu. Nigdy nie zapomnę bólu tej matki. Ilu osobom jeszcze zniszczyłem życie? – zapytałem się w duchu. Gryzło mnie sumienie. Straciłem cały zapał.
W sądzie poznałem bliżej kilku antyfaszystów, powoli dopuszczałem do siebie różne poglądy. Czytałem zwykłą prasę. Miesiącami zmagałem się ze sobą. Postanowiłem wyrzec się przemocy, ćwiczyć opanowanie. To trudne, bo wcześniej czerpałem z niej nawet przyjemność.
Łatwiej było mi zerwać z ideologią niż z kolegami. Miałem stuosobową ekipę, na której polegałem przez 15 lat. Bez niej byłem nikim – społecznym nieudacznikiem.
Udało mi się wyjść ze środowiska dzięki pomocy EXIT. Ale starzy znajomi nie dawali o sobie zapomnieć. Zaczęła się nagonka w internecie i SMS-y z groźbami. Moją dziewczynę obrażano jako “antyfaszystowską dziwkę”. Zmieniłem adres. W końcu zostawili mnie w spokoju. Zdałem maturę, zacząłem studia z resocjalizacji. Chcę być pracownikiem społecznym. Ciągle tkwią we mnie pozostałości tamtego okresu, chociażby w języku. Przyzwyczaiłem się nie używać żadnych zwrotów obcych. Jestem rozdarty, bo cała moja młodość związana była z neonazizmem. To przecież najpiękniejsze lata życia. A czy ja w ogóle przeżyłem coś pięknego?
